Tak bardzo nie chciał tego końca, ale wszystko musiało się kiedyś skończyć. Skończy się ta rozmowa, skończy się ta chwila, ten dzień, ten miesiąc, ten rok. Skończą się ich życia, nieważne jak, po prostu się kiedyś skończą - ludzki czas był czymś wyczerpywalnym i bardzo ulotnym. Zakładając, że nic ich żyć nie przerwie przedwcześnie, to ile lat tu mieli? Mniej niż sto, nawet będąc czarodziejem, a ile to mniej niż sto znaczyło w skali wszechświata? Sama ich planeta miała tyle, że ciężko to było objąć umysłem. Człowiek się zaczytywał w książkach o Kosmosie z fascynacją tylko po to, żeby się dowiedzieć, jak mało znaczącym był pyłkiem. Cain miał rację - był nikim, ale oni oboje byli nikim, nie byli nawet mrugnięciem na kartach świata, mogli się czuć pionkami w jakiejś wielkiej grze, ale ta gra wcale nie była wielka. Nigdzie nikt nie zapisze ich imion dostatecznie dużymi literami, żeby następne pokolenia dowiedziały się o nich cokolwiek. Ale te następne pokolenia też były pyłkami. Ich społeczeństwo było delikatną, mikroskopijną mgiełką, której nie dało się zaobserwować z żadnej innej planety w tym wielkim Kosmosie, bo jeszcze nie doleciało tam ich światło, a jak już doleci, to wszyscy już dawno wymrą, a ich cywilizacja runie. Zanim się ktoś rozpędzi i pomyśli, że może ktoś odkopie ich kości, to według mugolskich naukowców wszechświat miał się kiedyś skończyć, więc i tego nie będzie. Co zostanie? Limbo?
Flynn nie wierzył w Limbo, a przynajmniej nie w takim ujęciu, w jakim wierzyli w nie kapłani Whitecroft. On wierzył w to, że staną się pyłem. Wszyscy będą kiedyś pyłem. W tym samym znaczeniu, co wszyscy byli kiedyś gwiazdami. To było przerażające, to mroziło krew w żyłach, to potrafiło na moment uczynić człowieka kimś bez żadnej wartości, ale była w tym też taka myśl przemycona ukradkiem, że skoro nic z tego nie miało znaczenia, skoro w tej skali wszechświata nie byli nawet maleńką kropką, skoro dotyk nie istniał, a jedynie jakaś opisana przez ludzi w grubych okularach siła zmuszała nas do zatrzymania ręki, kiedy się zbliżyło ją do ręki kochanka, a może do nawet nie do niej, a do jakiegoś wyobrażenia tej ręki - co z tego? Po co się tym wszystkim przejmować? Po co się martwić tym, co myśleli o tobie inni? Dlaczego zakazywać sobie kochania dwóch osób jednocześnie? To było naprawdę mądre, szkoda tylko, że tak trudne do zastosowania w praktyce. Jemu ciężko to było wyrazić mówiąc, ale bardzo dobrze robił to swoim ciałem. Uśmiechem, kiedy wtórował mu ciepłymi słowami. Delikatnym chichotem, kiedy wyobrażał sobie, że Cain mógłby mu recytować Szekspira. Dotykiem ręki powracającym na jego żuchwę.
- Wróciłeś do mnie w najlepszy możliwy sposób.
I pocałował go po tym jeszcze raz, ale już nie w policzek, nie żeby załagodzić ciężar jakichś słów, tylko tak po prostu, żeby go poczuć, zanim sobie ucieknie. W całym absurdzie tej sytuacji czuł się o wiele bardziej intymnie teraz, zamykając oczy i rozchylając usta, niż kiedy klęczał na trawie metr dalej. Bo to było inne. To ciepło rozchodzące się po górnej partii ciała, napięcie w klatce piersiowej, lekkie ciśnienie w żołądku. Bał się wielu irracjonalnych rzeczy, ale w tym jednym był zawsze aż nazbyt odważny - w czuciu. Czuł wszystko. Mógłby tego czucia nawet komuś trochę oddać i niewiele by na tym stracił, może tyle, że by przestał się tak tym wszystkim przejmować, ale to by mu wyszło na zdrowie. Zakończył to jeszcze trzema całusami. W kącik warg i przy uchu, a później odsunął od niego twarz.
To był koniec.
- Ale mógłbym je już trochę przyciąć. A napalm to substancja zapalająca. Mieszasz z nim paliwo napędowe - mówił, kiedy Cain podnosił się z ziemi, bo Flynnowi zajęło to jeszcze kilka sekund - to, czym mugole wprawiają w ruch maszyny. On się sam zapala, przylega do powierzchni. - Spoglądał na niego jeszcze z dołu, aż wreszcie sam wstał, chociaż z wyraźną niechęcią. Wcale nie chciał stąd iść, ale też... Wiedział dobrze, że musi odprowadzić go do Little Hangleton. - Wszystko się jara, nie da się tego ugasić, trochę jak smocza oliwa. - Zdawał sobie sprawę z tego, że człowiek, któremu to przekazał, zapamięta to do końca życia, więc jak to mówił Jim - w imię Ojca i Syna, japierdole, niech on nigdy nie zmienia strony konfliktu, choćby na niego rzucili Imperiusa.
- Występujemy - celowo użył liczby mnogiej - w każdy weekend. Nie powiem ci, jaki mam pseudonim sceniczny. Domyślisz się, jak tylko przeczytasz plakat i się tak słodko zaśmiejesz. - Uśmiechnął się, a potem poprawił jeszcze raz spodnie i podał mu rękę. - Chodź.
Wyprowadził go z tego lasu. I to był już naprawdę koniec. Kiedy wracał, zatrzymał się obok tej ławeczki i było tu jakoś cicho i pusto, Nikt się tu z Nikim nie przytulał, trawa była tak samo szara jak wcześniej, ale wydawało mu się, że ten szary był jakiś taki smutniejszy. To był koniec, ale każdy koniec był początkiem czegoś nowego. Koniec tego świata będzie początkiem kolejnego, tak przynajmniej mówili naukowcy. Koniec tego spotkania był zapowiedzią dalszej historii, tak przynajmniej mówiło mu serce.
Flynn nie wierzył w Limbo, a przynajmniej nie w takim ujęciu, w jakim wierzyli w nie kapłani Whitecroft. On wierzył w to, że staną się pyłem. Wszyscy będą kiedyś pyłem. W tym samym znaczeniu, co wszyscy byli kiedyś gwiazdami. To było przerażające, to mroziło krew w żyłach, to potrafiło na moment uczynić człowieka kimś bez żadnej wartości, ale była w tym też taka myśl przemycona ukradkiem, że skoro nic z tego nie miało znaczenia, skoro w tej skali wszechświata nie byli nawet maleńką kropką, skoro dotyk nie istniał, a jedynie jakaś opisana przez ludzi w grubych okularach siła zmuszała nas do zatrzymania ręki, kiedy się zbliżyło ją do ręki kochanka, a może do nawet nie do niej, a do jakiegoś wyobrażenia tej ręki - co z tego? Po co się tym wszystkim przejmować? Po co się martwić tym, co myśleli o tobie inni? Dlaczego zakazywać sobie kochania dwóch osób jednocześnie? To było naprawdę mądre, szkoda tylko, że tak trudne do zastosowania w praktyce. Jemu ciężko to było wyrazić mówiąc, ale bardzo dobrze robił to swoim ciałem. Uśmiechem, kiedy wtórował mu ciepłymi słowami. Delikatnym chichotem, kiedy wyobrażał sobie, że Cain mógłby mu recytować Szekspira. Dotykiem ręki powracającym na jego żuchwę.
- Wróciłeś do mnie w najlepszy możliwy sposób.
I pocałował go po tym jeszcze raz, ale już nie w policzek, nie żeby załagodzić ciężar jakichś słów, tylko tak po prostu, żeby go poczuć, zanim sobie ucieknie. W całym absurdzie tej sytuacji czuł się o wiele bardziej intymnie teraz, zamykając oczy i rozchylając usta, niż kiedy klęczał na trawie metr dalej. Bo to było inne. To ciepło rozchodzące się po górnej partii ciała, napięcie w klatce piersiowej, lekkie ciśnienie w żołądku. Bał się wielu irracjonalnych rzeczy, ale w tym jednym był zawsze aż nazbyt odważny - w czuciu. Czuł wszystko. Mógłby tego czucia nawet komuś trochę oddać i niewiele by na tym stracił, może tyle, że by przestał się tak tym wszystkim przejmować, ale to by mu wyszło na zdrowie. Zakończył to jeszcze trzema całusami. W kącik warg i przy uchu, a później odsunął od niego twarz.
To był koniec.
- Ale mógłbym je już trochę przyciąć. A napalm to substancja zapalająca. Mieszasz z nim paliwo napędowe - mówił, kiedy Cain podnosił się z ziemi, bo Flynnowi zajęło to jeszcze kilka sekund - to, czym mugole wprawiają w ruch maszyny. On się sam zapala, przylega do powierzchni. - Spoglądał na niego jeszcze z dołu, aż wreszcie sam wstał, chociaż z wyraźną niechęcią. Wcale nie chciał stąd iść, ale też... Wiedział dobrze, że musi odprowadzić go do Little Hangleton. - Wszystko się jara, nie da się tego ugasić, trochę jak smocza oliwa. - Zdawał sobie sprawę z tego, że człowiek, któremu to przekazał, zapamięta to do końca życia, więc jak to mówił Jim - w imię Ojca i Syna, japierdole, niech on nigdy nie zmienia strony konfliktu, choćby na niego rzucili Imperiusa.
- Występujemy - celowo użył liczby mnogiej - w każdy weekend. Nie powiem ci, jaki mam pseudonim sceniczny. Domyślisz się, jak tylko przeczytasz plakat i się tak słodko zaśmiejesz. - Uśmiechnął się, a potem poprawił jeszcze raz spodnie i podał mu rękę. - Chodź.
Wyprowadził go z tego lasu. I to był już naprawdę koniec. Kiedy wracał, zatrzymał się obok tej ławeczki i było tu jakoś cicho i pusto, Nikt się tu z Nikim nie przytulał, trawa była tak samo szara jak wcześniej, ale wydawało mu się, że ten szary był jakiś taki smutniejszy. To był koniec, ale każdy koniec był początkiem czegoś nowego. Koniec tego świata będzie początkiem kolejnego, tak przynajmniej mówili naukowcy. Koniec tego spotkania był zapowiedzią dalszej historii, tak przynajmniej mówiło mu serce.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.