Och tak, wiele elementów do siebie nie pasowało, dlatego zresztą tu był! Co prawda ubranie było zaczarowane tak, żeby pasowało do kobiecych kształtów, ale zaraz zaklęcie minie, wróci wszystko do poprzednich kształtów, a gdyby chciał zaczarować je całe (bo przecież nie stanowiło to problemu ani dla jego wyobraźni ani dla samych umiejętności) to tym bardziej byłoby widoczne, gdyby wracało do poprzedniej formy. Kogo miał poprosić o kieckę i make up, jeśli nie swojej najlepszej przyjaciółki? Do kogo się zwrócić o zachowanie tej maskarady, jeśli nie do niej? O ile w ogóle będzie jakaś maskarada, bo na razie Laurent uskuteczniał gonitwę myśli i emocji - tych pozytywnych, może oprócz niecierpliwości i odrobiny niepewności. Kto by nie był niepewny gdy znalazł się w takiej sytuacji? Jeszcze pytanie o to, czy to tymczasowe, chwilowe, czy może "na stałe" nie wkraczało do jego głowy. Tak jak i wiele innych rzeczy z tym związanych. Na razie był opanowany nowym doznaniem, które wręcz celebrował w swoim wnętrzu.
- Jaka zdolna, młoda dama. Jestem zachwycona. - Laurent nigdy nie był pewien, czy ma podejście do dzieci czy też niekoniecznie. Nie przepadał za dziećmi - ale nie dlatego, że naprawdę ich nie lubił, tylko jego dzieciństwo nie było usłane stokrotkami. Dzieci potrafiły być okrutne. Nie znały umiaru. Nie myślały - po prostu mówiły, nie zdawały sobie sprawy z niektórych rzeczy co się powinno, a czego nie. Nawet jeśli były uczone od małego - niektóre były bardzo niepokorne. W dodatku były bardzo kruche. Więc tak - miłował je, były niezwykłe, były skarbami, ale jednocześnie nie wiedział, czy potrafiłby się dziećmi zająć, na ten przykład. - Dzień dobry, Victorio. - Uśmiechnął się do kobiety, podnosząc na nią wzrok, czarująco i z uwielbieniem, jak to miał w zwyczaju. Choć raczej kiedyś - bo ostatnimi czasy siły go bardzo opuszczały, a ogrom wszystkich zdarzeń potrafił skutecznie poodsuwać pozytywne elementy na bok. Tylko że ten uśmiech zniknął z jego ust, kiedy ona się podniosła, spojrzała na niego i zobaczył szramę na jej twarzy. Otworzył szerzej te wielkie, niebieskie oczy i zatrzymał swoją rękę w drgnięciu. Bo chciał do niej sięgnąć. Zatrzymał się jednak z uwagi na małą, która postanowiła jeszcze przerwać tą dziwną atmosferę między nimi. Niezrozumienie, skonfundowanie - o tak, skonfundowanie. W zasadzie Laurent sam był absolutnie skonfundowany, ale... ale... ale z jakiegoś powodu czuł się absolutnie wspaniale.
- Nie, dziękuję. - Przynajmniej nie na razie, herbata była mało interesująca w obliczu tego... wszystkiego. - Co ci się stało w policzek? - Zapytał ze zmartwieniem. Ach, ale dziwnie brzmi mój głos... Gdyby nie powaga, która się wkradła, właśnie hihotałby w najlepsze. Zaraz pytanie wróciło do niego zwrotnie. Ach, no tak, no tak! - Mam niepowtarzalną okazję ubrać się w jedną z moich ulubionych sukienek z twojej kolekcji. Grzechem byłoby mi nie spróbować. - Uśmiechnął się szeroko. Czy raczej: uśmiechnęła? Spojrzał, czy malutka już pobiegła i zniknęła mu z radaru, nim znów spojrzał na Victorię. - Zajmowałaś się już moim kaktusem na głowie to dziwniej nie powinno być, tak przynajmniej sądziłam...em? Przepraszam, doznaję bardzo dużego dysonansu słysząc własny głos. - I przy tym wcale nie wyglądał, jakby mu było głupio albo żeby się wstydził. Wyglądał raczej, jakby był zafascynowany.