But please, don't bite
Romantyzował ludzi. Doznania. Historie. Wznosił je na swoich dłoniach jak święty sakrament, żeby potem sprawdzić, jak naprawdę smakują. Były rozczarowujące. Jeśli tylko położyłeś je na języku to uświadamiałeś sobie, jak niedobre było to sławetne Ciało Chrystusowe. To dopiero początek, bo przecież jak dziwną ideą był sam kanibalizm? A gryzienie diamentów? Och, na tym połamałby wszystkie zęby, ale potem i tak powiedziałby, że to tylko i wyłącznie jego wina. No bo kto normalny marzy o tym, żeby zatopić w diamencie kły..? Wulgarność myśli i wyniosłość przekonań o ludzkości i emocjach wcale nie prowadziła ku zbawieniu. To nie była ta kolejka do księdza, żeby w końcu położył ci płatek na języku. Laurent swoje dłonie chciał kłaść na ludzkim ciele i sprawdzać, czy będzie w tym coś świętego. Za każdym razem przekonywał się, że było, by po wyjściu z domu targał nim chłodny, londyński wiatr, albo krople wody skapywały na jasną czuprynę na niezabudowanych drogach. Rozczarowanie było tym większe, im więcej chciałeś uszczknąć z pańskiego stołu. Mea culpa - jesteś żarłoczny, więc potem będzie bolał cię brzuch. Chcesz więcej, więc odczujesz skutki posiadania. Lecz jeśli Esme miałby być instrumentem, to Laurent wolał, by był skrzypkiem. On chciał być jego skrzypcami. Mógł go wyrzeźbić na własną modłę, chociaż wiedział, że modłą Rowle'a byłoby pozostanie sobą samym. Tą osobą, której nawet nie znał, albo przynajmniej nie do końca dawał jej dochodzić do głosu. Kto normalny chciał znać prawdę? Nikt. Każdy chciał instrumentu doskonałego, dopasowanego do jego dłoni, gnącego się tak, jak naciśniesz. Tylko nie ten człowiek, przed którym właśnie stał. On chciał tego instrumentu, który będzie grał sam, albo wręcz wstecznie do dotyku jego palców. Nie rozumiał tego. Przez tyle lat wydawało mu się, że pojął, ale w końcowej myśli odkrywał, że to, czego oczekiwał Esme, było tak skrajnie różne od tego, w czym przyszło mu żyć, że nie był na czysto podstawowym poziomie zrozumieć. Mógł tylko akceptować i z fascynacją chłonąć kolejne kropelki, jakie rosiły czoła nie z chmurnego nieba, a z błogosławieństwa po przyjęciu Ciała Chrystusa.
A jednak, mimo to, było coś, co Esme chciał robić po swojemu. Jak chciał wymuszać na ludziach ich szczerość, jak chciał otwierania ksiąg, żeby tymi palcami jeździć jeśli nie po drewnie, kości czy ludzkiej skórze to chociaż po stronach ksiąg. Kwiaty, zwierzęta, kamienie szlachetne - nic nie miało wystarczająco dużej ilości względem człowieka. Wobec tego, jaką wartość przedstawiała ludzka myśl i emocje. Pióra abraksanów również były piękne, ale te ludzkie? Skrzydła, które kolekcjonować można by było w ramkach, żeby poczuć się, jakby naprawdę świętość na ciebie spadła? Chciał coś tworzyć po swojemu - bo w końcu był artystą. Więc chciał skrzypiec, które będą miały idealne dźwięki. Więc chciał pierścienia, który będzie idealnie pasował na palec. I chciał połamanych i brudnych lotek, żeby móc je wetknąć z powrotem pod skórę. Jak wiele można wyrzeźbić z człowieka? Jak można go zmienić, jak można na niego wpłynąć? Sztuka obdarcia ze skóry, żeby przekonać się, co jest w środku - ale to podobno Laurent rozkładał ludzi na części pierwsze, żeby odkryć, co mają pod skórą. Może różnica była taka, że on rozkładał - ale niczego z tego nie lepił. Okrywał chłodnymi dłońmi, przylegał do pleców, jakby jego oczy mogły szeptać shhh... wszystko będzie dobrze... I było. W tej jednej chwili było. A jeśli choć przez chwilę możemy zanurzyć się w cieple i spokoju to czy nie przychodziła już ta, gdzie Diabła prosimy, by chwilę tę zatrzymać? Niech trwa wiecznie. Nawet jeśli niebezpiecznie było sądzić, że cokolwiek wiecznie mogłoby trwać. Od Laurenta by taka prośba nie padła. W jego miłości do tego, co ulotne, zatrzymanie chwili byłoby chyba największą z kar. Niemożliwość poznawania i doświadczania rzeczy nowych w końcu doprowadziłaby do tego, do czego Esme doprowadzał siebie samego - uschnięcia kwiatu, który nie cieszyłby już nikogo barwnymi płatkami. Więc to naprawdę masochizm. Co innego mogło sprawiać, że nie potrafił się oderwać od Esme i zawsze wracał. Że chciał tych komplementów, jego zapewnień. Że sprawiały, że czuł się stabilniejszy. Właśnie - obrastał w piórka. Nawet jeśli czasem bolało to przybywało mu piór. Nie znał sztuki rzemiosła, ale to, co robił Esme było dobre. Może dlatego apetyt wcale nie malał, a wręcz przeciwnie - chciało się więcej? Znał ten mechanizm działania. Sam się przed tym wzbraniał u innych ludzi, a jednak pozwalał sobie na tą łasość wobec tego człowieka. W tej ciągnącej się grze kokieterii i uśmiechów.
Wszystko to dlatego, że Laurent sobie usilnie wmawiał, że Esme jest Prawdą. To zaś, co Prawda mu mówiła musiało być szczere.
Pytanie odpowiedziało się samo. Zadane z tych kuszących do pocałunków ust, odpowiedziane z tych warg, które potrafiły kąsać i muskać jak płatki róż. Satyna jego emocji teraz opływała jego ciało, paraliżując je, bo jeśli tylko się poruszy to mógł stracić szansę na więcej. Nie, diament nie mógł magnetyzować - a jednak to robił. W świecie magii nie było rzeczy niemożliwych. Tak jak perły nie mogły przyciągać - a jednak we własnych dłoniach Laurent sprawił, że perła przyciągała do siebie perłę. Czy tak trudno sprawić, żeby przyjęła w posiadanie tą najtwardszą substancję znaną na świecie? Drogą, piękną, zachwycającą? Najwyraźniej tak. I jednocześnie - nie.
- Łatwe kochanki mają to do siebie, że nie potrafią zatrzymać na dłużej. - Nie miał problemów, żeby powiedzieć, że był piękny - tak powierzchownie. Wręcz wierzył, że jego powierzchowność jest wartą kochania, bo przecież miał brzydkie, bardzo brzydkie wnętrze. Jeśli ktoś je pokochał to nawet nie potrafił tego pojąć. A kiedy już nawet uwierzył, że jednak trafił się taki głupiec - to ten głupiec go opuścił. Bo jedynym głupcem i naiwnym był tutaj on sam. Z dreszczami na skórze, której nawet palce Esme nie dotknęły, ale ten fantom układał się na nim tak samo jak pościel, którą owijasz się w chłodną, zimową noc. Sięgnął po różdżkę do kieszeni, by przesunąć nią po własnym brzuchu. Krótki ruch rozproszył ułudne zaklęcie pozwalające maskować wszystkie niedoskonałości. Jego przemęczone, podkrążone oczy, zmęczoną skórę, te kilka włosów siwizny, bliznę na nadgarstku po samobójstwie - och, dosłownie samobójstwie. Bo zginął we śnie, który był tak realny, by pozostała blizna. - Bo to kłamstwo. - To nie było tylko wmawianie sobie czegoś, nie zwykły paciorek do diabła na dobranoc. Fakt. Nikt nie chciał oglądać rzeczy brzydkich, nie chciano oglądać rzeczy niedoskonałych. Każdy poszukiwał piękna i perfekcji. Schował różdżkę, zahipnotyzowany tymi rękoma, które otwierały się jak skrzydła ptaka, który sam zaraz wzleci. Mógłby? Potrafiłby? Historia kochała opowieści o chłopcach, którzy tworzyli sobie skrzydła, żeby wzlecieć do słońca. Laurent miał go niemal ochotę zatrzymać i poprosić cicho, żeby nie próbował. W końcu spadniesz. Słońce cię zdradzi, tak jak zdradziło Ikara.
Lecz nie. Te skrzydła nie były dla Esme. Były dla ciebie. Czy może jednak były dla nich obojga? To nie było zaskoczenie - to, co pojawiło się na twojej twarzy. To była jakaś żałość, bo powiedziane zostały słowa, którym towarzyszył blask oczu, a ten blask schodził na uśmiech, uśmiech zaś rozkładał się na uniesionych ramionach. Wszystko tworzyło konspekt piękna, o który chyba nie ośmieliłby się prosić na głos. Tak jak zdradził kiedyś cicho największy sekret, że chcesz być tego warty. Zrobił te dwa kroki ostrożnie i powoli, mając wrażenie, że przyjdzie mu dotknąć najbardziej kruchej istoty na tej ziemi. Najbardziej ulotnego doznania, w którym przyszło mu się rozkochiwać. Że obejmie potrzebę i stanie się jej matką - tylko nie przyjdzie mu mieć więcej dzieci. Miłość potrafiła mieć wiele barw, a pocałunki potrafiły przelewać się przez dotyk, choć wcale nie dotykały ust. Tak jak ty właśnie objąłeś Esme, przylegając do niego tak, jakby na tym świecie nie mogło być bardziej pasującego puzzla. Tak delikatnie, ostrożnie. Odetchnął cicho, z ulgą, zamykając oczy i zamykając już pewnie ręce na jego plecach. Ciepło. Było tak przyjemnie ciepło, że kolejne dreszcze oblały jego ciało. Coś, czego nie szukałeś, ale to znalazłeś. To, czego naprawdę potrzebujesz, chociaż nie sądziłeś, że to otrzymasz. Już kiedyś to odczuł - to katharsis, które teraz go opłynęło. Zmieszało się ich ciepło, nawet jeśli to były te resztki, jakie Esme w sobie posiadał. Ale to nic. Bo w obliczu tego gestu ciepło Laurenta rozlewało się jak strumień, z którego podniesiono kamień, która zmieniała się w rzekę, która zaczynała huczeć wodospadem i rozpryskiwać się na głazach, ciągnąc je za sobą. Moment, kiedy nie tylko pióra obrastały - to skrzydła się otwierały. Coś, na co nie możesz sobie pozwolić. Przecież ten człowiek był kwintesencją wszystkiego, czego nie mógł mieć.
Wcale nie chciał się odsuwać, ale chyba kiedyś wypadało.
- Zazdroszczę mu. - Odparł z delikatnym uśmiechem, nie czując tego ugryzienia na swojej skórze. Obleczony światłem, pobłogosławiony przez Esme - nie mógł tego odczuć. Jadu, szpilki. Wcisnęła się w jego ciało, bo słowo perfekcja była jego klątwą, ale nie potrafił teraz poczuć jej smutku, żalu, bólu i swojej własnej niedoskonałości. Bo w tym momencie czuł się doskonały. Czuł się kompletny. Nawet jeśli to uczucie nie mogło go chronić za długo. - Chciałbym kiedyś usłyszeć te słowa drugi raz. W innym miejscu. W innych ustach. W odniesieniu do innej osoby. - Ale nie w wydaniu tego, co ludzie w nim widzieli. Nie w fałszu. Nie w ułudzie. Chciał być tym paskudnie brzydkim i niedoskonałym sobą i usłyszeć, że nie potrzeba tu zmian od osoby, od której najbardziej zależało mu na tym, by to usłyszeć. Od swojego ojca i matki. Ani jedno ani drugie nigdy nie wypowie jednak tego zdania. A osoba, od której najbardziej pożądał tego gestu - z całym systemem obronnym, jaki się pojawił, nawet nie istniała i była tylko wytworem jego marzeń. Aktualnie miała twarz Kaydena Delacoura.
Laurent opływał teraz tym ciepłem i jego twarz, jego oczy je w sobie nosiły. Mógł je dawkować, ale rozpływał się w doznaniu i wcale nie chciał z niego wynurzać, dopóki nie zostanie potrząśnięty i znów sprowadzony na ziemię.
- Zostałem spisany niebieskim atramentem*. - Uśmiechnął się delikatnie w komentarzu na to, że to smutne. Tak, to smutne. Smutne i powinno go frustrować, ale przecież każdy chciał dobrze, prawda? To nie było zdrowe i powinien się denerwować, powinien wyznaczać granicę. Nie mówić "tak", skoro bywał problem z powiedzeniem "nie". - Ach, to też jest smutne. - Przymknął oczy w wesołym uśmiechu, całkowicie niepasującym do wypowiadanego zdania. - Tylko ciebie. - I nie chodziło o to, że nie posiadał przyjaciół, że brakowało mu kochanków, że miałby komu się chwalić... czymkolwiek innym. Tylko że Laurent nie bardzo zwykł się chwalić. Ze wstydu. A to, co naprawdę na nowo sprawiło, że przeciągał palcami po własnym ciele było tak wstydliwe, że nie pokazałby się w tym nikomu. Co by powiedzieli? Może nawet by zaakceptowali - taka Victoria. Może nawet by się spodobało takiemu Philipowi. Może. Ale wiedział, co by gościło przede wszystkim - to do ciebie nie pasuje. I zaraz po tym brzmiały słowa nawet jego matki, która wprost nazwała go zwykłą kurwą.
- Znaleźć to, czego potrzebuję, a czego nie szukałem. - Nie pamiętał, jak dokładnie wypowiedział tamte słowa parę lat temu, ale jakoś tak to leciało. A przynajmniej sens pozostał - dla niego samego. Nawet jeśli to pytanie nie oczekiwało odpowiedzi to nic - bo on ją miał. Jarczuk przesunął się, kiedy tylko Laurent usiadł, obok swojego pana, doczekując się położenia chudej dłoni na jego wielkim pysku. Odwzajemniał spojrzenie Esme prawie tak, jakby mógł zajrzeć mu do głowy. Do jego myśli. Jakby nie było w nim ani aprobaty, ani wrogości - czysta obserwacja. Kalkulacja zysków i strat. A przecież, koniec końców, był "tylko" psem. Stworzeniem tresowanym do polowań na magiczne istoty, ale Laurent nie tresował go po to. Tresował go po to, by polował na ludzi. Tych samych, których kochał i wobec których był tak naiwny. Tresował go, by ta bestia go ochroniła i jednocześnie niczego nikomu nie zrobiła. Paradoks? Ach, oczywiście. Bo Duma miał chronić, a nie biegać za zwierzyną. Nie miał jednak żadnej smyczy - bo co by ona dała? Gdyby ktoś go sprowokował Laurent i tak by go nie zatrzymał, a smycz mogłaby tylko zrobić krzywdę jemu samemu, gdyby ta stukilowa bestia go pociągnęła za sobą. Ledwo przedwczorajszej nocy Laurent zmywał z tego czarnego, krótkiego futra krew. Szczęki Dumy zmiażdżyły rękę i prawie oderwały ją żywcem od ciała. Jego ofiara z trudem się teleportowała, umykając... śmierci. I takim sposobem jarczuk bronił miejsca, które większość nazywała Rajem. Czy to był jednak prawdziwy Raj? Laurent od dawna tak nie postrzegał New Forest. Chciał się stamtąd wyprowadzić i coraz więcej swojej pracy oddawał innym. Uniezależniał się od tego miejsca. Żeby nie powiedzieć - porzucał je.
- Nie? - Zaśmiał się cicho. - Ależ panie Rowle, dzielimy ze sobą ciągłą inwestycję słów i emocji. Zobacz - jestem tak bezczelny, by tworzyć w tobie lokatę. Najwyraźniej postanowiła mi ona dzisiaj zwrócić oprocentowanie.
*Po polsku tego nie oddam, ale chodzi mi o grę słów, gdzie "blue" w angielskim to kolor, ale też określenie na smutek