Och tak, jak najbardziej COŚ nie pasowało. W zasadzie - wszystko po kolei zaczynało nie pasować, kiedy już zaczynałeś łączyć wątki. Kiedy niektóre cechy były niemal identyczne. Kształt ust, oczu, kształt policzków - wszystko to było... bardziej delikatne, bo kobiece, ale przecież nadal podobne. Te włosy. I koniec końców - te oczy. Ich kolor, bo chociaż można podejrzewać, że to po prostu "kolejna selkie", to ileż takich, tak podobnych do Laurenta, można napotkać? Zaginiona bliźniaczka zza morza, która nagle przybywa do Victorii? Człowieka mózg zaczynał nieco wariować, kiedy był poddawany podobieństwom, ale zarazem jego rzeczywistość nie była w stanie zaskoczyć na właściwe miejsce. Bo tutaj nawet nie było właściwego miejsca. Kto normalny by pomyślał, że "o hej, to ty, zmieniłeś płeć?" - Tak, spoko, fajnie, to teraz mów mi Laura. Albo Lucy. Albo jakkolwiek inaczej, byle kobieco. Najbardziej dziwne dla samego Laurenta było słyszenie swojego odmienionego głosu. Mocno go to rozstrajało, bo różnica była wręcz ogromna. Został dosłownie wciśnięty w obce ciało, czy raczej jego własne ciało stało się zupełnie obce.
Victoria zaś temu dysonansowi starała się opierać i łączyć kropki w swojej głowie w miarę tego, jak rozwijał wypowiedź. Mógłby po prostu wyskoczyć z tym, że "hej, to ja! Laurent!", ale to byłoby takie nie w jego stylu. Powiedzieć coś z gracją, wdzięcznie - tak, jak najbardziej. Szczególnie kiedy znajdował się w uświęconym, kobiecym ciele, które jego zdaniem zasługiwało na opisanie w wierszach i uwiecznieniu na obrazie.
- Cała ja. Albo cały. - Dygnął z gracją, jak na prawdziwą damę przystało, zamiast się kłaniać po męsku. Naoglądał się tego, zmałpowanie tego gestu nie było takie problematyczne. Chociaż dobrze, akurat było trochę niedociągnięć, które Victoria na pewno wychwyciła, bo jej matka pewnie kazała jej opanować to co do najmniejszego milimetra. Podszedł do niej, by położyć dłoń na jej szyi, oprzeć palce na skórze nieopodal zaczerwienienia. Brzydkiego znamienia, którego nie dotknął. Miał dokładnie tak samo chłodne dłonie jak w swoim męskim wydaniu. - Ale od niczego takiego nie ma się szram na twarzy, Victorio. - Śmieszki śmieszkami, ale Victoria dbała o siebie, swoją urodę, chciała być kochana i piękna. Powstrzymał odruch muśnięcia jej ust, delikatnie, bo przecież... nie to, żeby miał uprzedzenia do całujących się kobiet, ale mogło być to co najmniej dziwne. Odruch, który miał ucałować co prawda ledwo kącik jej ust, żeby przynieść chociaż odrobinę psychicznej ulgi dla cielesnej udręki. - Nie jestem pew...na. - Znów się trochę zawahał. - W jakiej ja formie powinienem teraz mówić? - Tak, może to było absurdalne pytanie, ale pytał całkiem na poważnie. - Powinienem ćwiczyć formę żeńską? - Mimo tego, że kobietą nie był, nie czuł się, mentalnie nic się nie zmieniło. Niby. - Wracając do pytania - nie jestem pewny. Spotkałem poltergeista na Pokątnej i w następnej chwili straciłem na moment przytomność. To było chyba kilka sekund, ktoś mnie złapał. I kiedy się ocknąłem to już wyglądałem... właśnie tak. - Wygiął biodro, przesunął dłonią po talii, ale znów zamiast strwożenia była w nim ekscytacja. - Czuję się niesamowicie! - Klasnął w dłonie z ekscytacji i wręcz uniósł się na palcach na moment. - Przyszedłem, bo musisz koniecznie zrobić mi makijaż i pożyczyć jedną ze swoich sukienek. To znaczy... jeśli mógłbym cię prosić, oczywiście.