— Raczej na widowni, przynajmniej na obecną chwilę. — Uśmiechnął się cierpko. — Chociaż, kto wie... Może w przyszłym roku sytuacja będzie wyglądała nieco inaczej? Wypadałoby trochę poćwiczyć przed zgłoszeniem się do takiego konkursu.
Obecnie nie miał zbytnio czasu na treningi z latania. Ledwo znajdował czas na to, aby wyskoczyć do Londynu na sparing szermierczy, nie mówiąc już o regularnych ćwiczeniach miotlarskich. Chociaż tyle dobrego, że nie narzekał na sam brak ruchu. Pracując jako brygadzista i wychowując z rodziną kilka psów, siłą rzeczy spędzał sporo czasu na zewnątrz. Przez tak poważnym wyścigiem warto by było jednak najpierw na nowo przyzwyczaić do szybkich lotów.
Wyścig miotlarski za granicą brzmiał ciekawie, jednak wiedział, że dostałby po głowie, gdyby zaangażował się w coś takiego, będąc pod wpływem magii z majowego rytuału podczas Beltane. Nora i Elliott cierpieli już wystarczająco mocno. Nie musiał im jeszcze dokładać kolejne dawki wrażeń z drugiej ręki. A przynajmniej dopóki byli w stanie wyczuć najmniejsze zagrożenie, które go dotyczyło.
— Witamy w naszym zacnym gronie. — Wyciągnął ku Loganowi dłoń na powitanie.
W pewnym momencie Erik wyłączył się z rozmowy, czując przedziwny niepokój. Zmarszczył brwi. Z początku wydawało mu się, że było to wywołane tym, że przy stoliku zbierało się coraz więcej osób. Tylko, że... Zazwyczaj nie miał problemu z dużymi grupami ludzi. Bądź co bądź, wraz z siostrą nie raz już przyjmował w rezydencji całe rzesze gości, zarówno tych znanych, jak i tych, których kojarzył tylko z widzenia. Brat Philipa nie powinien wzbudzać w nim zaniepokojenia. Co więc mogło się dziać, że...
— Zaraz wrócę — poinformował, nie zwracając się do nikogo konkretnego i udał się w stronę bocznego korytarza, gdzie miał nadzieję znaleźć ubikacje.
Zaczynało mu się kręcić w głowie, jednak starał się skupić na swoim celu, czyli dotarciu do odpowiedniego pomieszczenia. Gdy zamknął za sobą drzwi, wypuścił głośno powietrze z ust i podszedł do rzędu umywalek. Na widok swojego odbicia w lustrze aż się skrzywił. Zaczynały mu się rysować całkiem głębokie wory pod oczami, a spojrzenie wydawało się mętne, pozbawione jakiejkolwiek iskry. Alkohol? Stres? Może dopadły go jakieś efekty uboczne klątwy, z którą zmierzył się przed paroma miesiącami? Może zapomniał o jakichś witaminkach? Zerknął w stronę ubrudzonej szyby z widokiem na ulicę. W jego głowie momentalnie zapaliła się czerwona lampka.
— O jasna cholera — wyrzucił z siebie. O nienienienienie. To było dzisiaj?! Jak mógł o tym zapomnieć. Było niedobrze. Bardzo, ale to bardzo niedobrze. Ale kto wie, może jeszcze zdoła uratować sytuację?
Erik ochlapał sobie twarz wodą, po czym wrócił na salę. Wykrzywił usta w lekkim uśmiechu, jednak ten szybko przeszedł w grymas. Dawno już nie miał takiej sytuacji... Zazwyczaj starał się pilnować kalendarza, ale przez ostatnie wydarzenia czas po prostu przelatywał mu przez palce. Nic dziwnego, ze zapominał o tak kluczowych w jego życiu datach.
— Bardzo was wszystkich przepraszam, ale niestety muszę się ulotnić — Skłonił głowę przed resztą gości Philipa w geście szacunku. — Muszę załatwić dzisiaj jedną rzecz dla Brenny. Zupełnie wyleciało mi to z głowy, a jak tego nie ogarnę, to będzie bardzo niezadowolona. — To mało powiedziane. Dziwne, że jeszcze nie biegała po Londynie, żeby go odeskortować do domu. Ugh, na pewno już zaczynała się zamartwiać. — Miłego wieczora, mam nadzieję, że uda nam się to jeszcze kiedyś nadrobić!
Erik dopił duszkiem swoje piwo, po czym ruszył w stronę wyjścia. Kiedy tylko znalazł się na zewnątrz, zaszył się w jednej z bocznej alejek, aby po chwili zniknąć z cichym pyknięciem.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞