30.11.2023, 21:06 ✶
No właśnie - kto? A już na pewno nie te panny, które zresztą wprawione były w zarywaniu nocek; wszak czasem właśnie trzeba było przesiedzieć noc na służbie, a potem jeszcze ogarniać milion różnych spraw, zamiar odsypiać nockę w najlepsze. Ot, proza życia. Tak że niewykorzystanie tego czasu zdawało się być wręcz grzechem i nic to, że nocną porą raczej niewiele dało się tak naprawdę zobaczyć, przynajmniej w kontekście zakupowym. W kontekście krajoznawczym... hm, no ciemno trochę, zdecydowanie inaczej niż za dnia, ale przynajmniej będą mogły się przy okazji zorientować, gdzie można rano podejść, czyż nie? Zwłaszcza że z pewnością miną niejedną witrynę z wystawą sugerujacą, co w środku się znajduje...
- W zasadzie to pewnie ze dwie tony, bo też chcę kupić... i nie zdziwię się, jeśli jedna cukiernia to będzie za mało - stwierdziła ze śmiechem w głosie. Dla siebie, dla najbliższych, dla współpracowników - lista naprawdę nie należała do krótkich. Co też, w połączeniu i z innymi planami zakupowymi mocno stawiało pod znakiem zapytania fakt, czy będą w stanie to wszystko popakować i udźwignąć w drodze powrotnej... chwała niebiosom za zaklęcia pomniejszające czy też zwiększające pojemność toreb, co nie zmieniało faktu, że nadal wszystkiego było bardzo dużo.
Jak nic, wrócą obładowane niczym wielbłądy... ale czyż można się dziwić? Wszak nie wiadomo, kiedy (i czy) uda im się jeszcze wyrwać na podobną wycieczkę...
Zerknęła na Brennę z ukosa. Trzydziesta piąta rocznica ślubu, mhm, pamiętała, nie dało się zapomnieć, ale, ale... sukienka? No naprawdę...
- Oczywiście że zamierzałam przyjść w spodniach. Limit noszenia sukienek na ten rok został wykorzystany - oświadczyła z pełnym przekonaniem w głosie, choć w głębi siebie wiedziała, że walka jest przegrana. Elise przecież naprawdę zeszłaby na zawał, a Brenna... Brenna przecież by nie pozwoliła na to. Więc tak, dokładnie tak, skończy się zupełnie tak samo, jak w przypadku balu charytatywnego, co nie znaczyło, że nie można sobie pomarzyć... - ... i to może nawet tych od munduru - dodała przekornie. A to już zapewne byłby szczyt szczytów. No dobra, może nie do końca, bo zawsze pozostawała opcja wyciągnięcia najbardziej powyciąganych, dziurawych portek, co się nadają już tylko do wycierania podłogi, ale to już chyba było za dużo, nawet jak na Mavelle. Chyba że byłaby bardzo, bardzo zła...? - Tak że nie, Promyczku, nie uda ci się ta sztuka, nie tym razem - oświadczyła jeszcze. Obiecanki-cacanki, czyż nie?
- No to wyciągnijmy nogi, im szybciej to wszystko zostawimy, tym lepiej - stwierdziła, nieco przyspieszając - Zaraz zdradzisz... po prostu musisz umieć udowadniać, że ich perfumy są najlepsze, a żeby to zrobić, to jednak wypadałoby je najpierw na sobie przetestować, żeby móc zgasić niedowiarków - rzuciła żartobliwie. Tak, rodzinne koligacje nierzadko ułatwiały, ale i też utrudniały pewne aspekty... ot, nie dało się mieć ciastka i zjeść ciastka.
Nie odwróciła się, by spojrzeć na idących za nimi. Jeśli myśleli, że trafili na dwie bezbronne kobiety... cóż. Na wszelki wypadek sprawdziła, czy jest w stanie łatwo dosięgnąć różdżki, ale tak po prawdzie - do sprania tyłków jej nie potrzebowała.
- Czuję co najmniej trójkę - mruknęła w odpowiedzi - Możemy albo dać im nauczkę, albo już teraz strzelić zaklęciem i niech się zajmą sobą czy coś... - bo przecież czar nie musiał ranić - magią mogły sprawić, że niecne zamiary im z głowy wywietrzeją na tyle długo, że zdążą im zniknąć z oczu.
Niby to przypadkiem poprawiła jeszcze plecak na ramieniu – bo przecież oczywiście nie mogła go normalnie założyć, tylko przewiesiła przez jedno – i już nie puściła szelki. Jeszcze nie. Niebo rozdarła błyskawica, kąpiąc świat na ułamek sekundy w świetle.
- W zasadzie to pewnie ze dwie tony, bo też chcę kupić... i nie zdziwię się, jeśli jedna cukiernia to będzie za mało - stwierdziła ze śmiechem w głosie. Dla siebie, dla najbliższych, dla współpracowników - lista naprawdę nie należała do krótkich. Co też, w połączeniu i z innymi planami zakupowymi mocno stawiało pod znakiem zapytania fakt, czy będą w stanie to wszystko popakować i udźwignąć w drodze powrotnej... chwała niebiosom za zaklęcia pomniejszające czy też zwiększające pojemność toreb, co nie zmieniało faktu, że nadal wszystkiego było bardzo dużo.
Jak nic, wrócą obładowane niczym wielbłądy... ale czyż można się dziwić? Wszak nie wiadomo, kiedy (i czy) uda im się jeszcze wyrwać na podobną wycieczkę...
Zerknęła na Brennę z ukosa. Trzydziesta piąta rocznica ślubu, mhm, pamiętała, nie dało się zapomnieć, ale, ale... sukienka? No naprawdę...
- Oczywiście że zamierzałam przyjść w spodniach. Limit noszenia sukienek na ten rok został wykorzystany - oświadczyła z pełnym przekonaniem w głosie, choć w głębi siebie wiedziała, że walka jest przegrana. Elise przecież naprawdę zeszłaby na zawał, a Brenna... Brenna przecież by nie pozwoliła na to. Więc tak, dokładnie tak, skończy się zupełnie tak samo, jak w przypadku balu charytatywnego, co nie znaczyło, że nie można sobie pomarzyć... - ... i to może nawet tych od munduru - dodała przekornie. A to już zapewne byłby szczyt szczytów. No dobra, może nie do końca, bo zawsze pozostawała opcja wyciągnięcia najbardziej powyciąganych, dziurawych portek, co się nadają już tylko do wycierania podłogi, ale to już chyba było za dużo, nawet jak na Mavelle. Chyba że byłaby bardzo, bardzo zła...? - Tak że nie, Promyczku, nie uda ci się ta sztuka, nie tym razem - oświadczyła jeszcze. Obiecanki-cacanki, czyż nie?
- No to wyciągnijmy nogi, im szybciej to wszystko zostawimy, tym lepiej - stwierdziła, nieco przyspieszając - Zaraz zdradzisz... po prostu musisz umieć udowadniać, że ich perfumy są najlepsze, a żeby to zrobić, to jednak wypadałoby je najpierw na sobie przetestować, żeby móc zgasić niedowiarków - rzuciła żartobliwie. Tak, rodzinne koligacje nierzadko ułatwiały, ale i też utrudniały pewne aspekty... ot, nie dało się mieć ciastka i zjeść ciastka.
Nie odwróciła się, by spojrzeć na idących za nimi. Jeśli myśleli, że trafili na dwie bezbronne kobiety... cóż. Na wszelki wypadek sprawdziła, czy jest w stanie łatwo dosięgnąć różdżki, ale tak po prawdzie - do sprania tyłków jej nie potrzebowała.
- Czuję co najmniej trójkę - mruknęła w odpowiedzi - Możemy albo dać im nauczkę, albo już teraz strzelić zaklęciem i niech się zajmą sobą czy coś... - bo przecież czar nie musiał ranić - magią mogły sprawić, że niecne zamiary im z głowy wywietrzeją na tyle długo, że zdążą im zniknąć z oczu.
Niby to przypadkiem poprawiła jeszcze plecak na ramieniu – bo przecież oczywiście nie mogła go normalnie założyć, tylko przewiesiła przez jedno – i już nie puściła szelki. Jeszcze nie. Niebo rozdarła błyskawica, kąpiąc świat na ułamek sekundy w świetle.