Na pierwsze pytanie chciała odpowiedzieć przecząco, ale Florenc raczej pytała retorycznie. Z tego powodu skinęła tylko głową i wspólnie powędrowały do gabinetu uzdrowicielki.
Mina, jaką zrobił ojciec trójki łobuzów, wynagrodziła Fernie cały ból i doznane cierpienie. Mianowicie pan Friskey poczerwieniał jeszcze bardziej, choć myślała, że już wcześniej dotarł do granic swoich możliwości, otworzył usta i… Panna Bulstrode ubiegła go ponownie, tym samym wywołując wewnętrzną salwę śmiechu u Paprotki.
Ponieważ ukrywanie rozbawienia było coraz trudniejsze Fernah z ulgą przyjęła polecenie przełożonej. Kiwnęła głową na znak, że zrozumiała, co takiego ma zrobić i podeszła do wspomnianej szafki. Poszukiwania zajęły jej chwilę, ale na tyle krótką, że pan Friskey nie zdążył nawet zacząć kolejnej tyrady o niekompetencji pracowników świętego Munga.
– Proszę. – podała fiolkę eliksiru Florence i odwróciła się do zataczającej koła nad ich głowami czterolatki. – Widzisz Mirabel, nawet jedno piórko nie zostało. Co powiesz na to, żebyśmy zniknęli i twoje skrzydła?
Ćwierkanie, jakie dobyło się z ust dziewczynki, mogło wyrażać jednocześnie zgodę, jak i jej brak. Panna Slughorn postawiła jednak na to pierwsze i delikatnie pociągnęła za sznurek, aż dziwny ptaszek nie zniżył lotu. Kiedy to się stało, pochwyciła ją w ramiona i jednocześnie poczuła, jak do nozdrzy wdziera się zapach pierza. Przełknęła głośno ślinę i lekko pobladła, bo i natychmiast skojarzyła tę woń ze swoją przypadłością. Zemdliło ją, a skóra na plecach, jak na złość zaczęła lekko szczypać. Czym prędzej posadziła dziewczynkę obok brata i spoglądając na Florence, spytała:
– Czy mogłabym spróbować odczynić zaklęcie?
Wystarczy, że odciągnę myśli i powinno być wszystko w porządku, pomyślała.