Zawierała w sobie, pomimo tej całej kokieterii, niewinność letniej rosy; coś, co ujmowało, zamykało w szczerozłotej klatce uległości wobec jej czaru; nie była wilą, nie posiadała także jej krwi wartko płynącej w żyłach – mimo tego, każde jej odrzucenie włosów osuwających się na oblicze, zmrużenie niewielkie oczu, czy też przygryzienie wargi w geście uwodzicielskim nosiło znamiona nieodparcie hipnotyzującego. Całokształt zawierał się w końcu w jej niedoskonałości; w tych odrobinę nierównych kłach, piegach porozrzucanych po obliczu bez należytej konsekwencji, w smukłej sylwetce balansującej na granicy sowitej, niezdrowej chudości i w czerni welonu rzęs, okalającego ciemną toń tęczówek. Dlatego też igrała, nęciła i odpychała jednocześnie, pełniąc rolę tej umykającej szponom zwierzyny.
Lubiła, jak na nią patrzył pożądliwie.
Wzięła odrobinę większy wdech, gdy podzielił ich dystans, przekrzywiając nieznacznie głowę, ognisko spojrzenia umiejscawiając gdzieś między jego oczami, aby spuentować je przeciągle, uśmiechem moszczącym się na czerwieni warg. Ślad szminki pozostał na gwincie butelki, jednocześnie nieznacznie rozmazując karminową barwę w kąciku ust. Nie przejęło jej to jednak – wyglądała wręcz jeszcze bardziej rozbrajająco niewinnie i dalece od tych pięknych, dojrzałych femme fatale.
Lubiła być obiektem jego westchnień.
Murtagh miał w sobie wszak coś nęcącego wydatnie i niebanalnego w swej prostocie, a ona – przybierając pozę niewinnej rusałki – poddawała się temu czarowi wyłącznie dla własnej obrzydliwej satysfakcji i samego faktu bycia pożądaną.
Loretta bywała niebywale parszywą istotą.
On jednak przejrzał ją na wylot. Było coś urokliwego w jego chęci głębi ich relacji.
Zdarzało jej się traktować mężczyzn jak trofea, a w tej całej ułudnej grze pozorów była urokliwa, miękka i pogodna – tak daleka Loretcie, którą Murtagh znał z wypadów na mugolaki. W gruncie rzeczy, bestię więzioną w płucach wypuszczała na świat nader rzadko, a jej codzienna uwertura bardziej przypominała świeży poranek, aniżeli skutą mrokiem noc. Prawdopodobnie dlatego była tą niezdobytą twierdzą, która pozostawała dominantą ponad kochankami.
– Głównie? – zabrzmiała pytaniem, przeciągając słowo z tym swoim charakterystycznym, snobistycznym akcentem. – Chcę usłyszeć więcej – dodała, pochylając się ku niemu konspiracyjnie.
Wybuchła niepohamowanym paroksyzmem śmiechu na jego pytanie; chwilę przyglądała się mu, zupełnie jakby dusza opuściła jej ciało pozostawiając zawieszoną w czasie wydmuszkę, po chwili jednak podniosła się i powolnym ruchem podwinęła welurową sukienkę i z okrutnym uśmiechem rozpięła pas trzymający pończochy, chyląc się ku ściąganiu jednej z nich z nogi.
– Robię to nie ze wstydu, po prostu musimy nadać pikanterii naszej grze – rzekła miękko, a gdy ponownie umościła się na dywanie – uboższa o jedną z pończoch – oplotła ramionami kolana.
– Jakie są twoje nietypowe preferencje seksualne? – zabrzmiała podszytym ciekawością pytaniem. – No wiesz, lanie pasem, podduszanie, udawanie psa, cokolwiek – doprecyzowała, obarczając go tym rozmytym pasją i podsyceniem spojrzeniem, które łamało serca.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it