Nim przeszła do czarów, podziękowała Florence, za uleczenie. Zdecydowanie łatwiej jest się skupić, kiedy twoje ręce nie są poranione, a krew nie wsiąka w rękawy.
Podzielała fascynację panny Bulstrode, mogąc teraz w spokoju przyjrzeć się skrzydłom. Wyglądem nie odstawały ani trochę od tych prawdziwych orlich, o ich działaniu w ogóle nie wspominając. W końcu wszyscy w gabinecie i również na korytarzu się o tym przekonali. Gdyby nie to, że ojciec pacjentki życzył sobie, by natychmiast ją odczarowano, Fernah chętnie lepiej przyjrzałaby się jej skrzydłom. Może odkryłaby coś, co mogło pomóc jej w badaniach? Niestety, czas na to nie pozwolił.
Fernah wyprostowała się, skupiając swe myśli na pierwszym zaklęciu, które wybrzmiało z jej ust:
– Finite!
Sukces!
Zaraz potem, wykonując powłóczysty ruch różdżką oraz wypowiadając słowa inkantacji, rzuciła zaklęcie, które miało transmutować resztkę zmian na ciele dziewczynki. Zmarszczone czoło wskazywało, że stażystka jest nadzwyczaj skupiona.
Sukces!
Po pierwszym zaklęciu skrzydła zamigotały, po czym orle pióra zaczęły rozpływać się w powietrzu. Zaraz potem drugi czar dokonał tego, czego nie dokonało pierwsze zaklęcie. Pozbyło się wszelakich ptasich elementów z ciała dziewczynki, która zwieńczyła działania panny Slughorn cichym i przeciągłym "Och!".
Fernah zdała sobie sprawę, że zapomniała oddychać, co też nadrobiła kilkoma głębszymi oddechami. Udało się!, ta myśl wybuchła jej w głowie i spowodowała, że na pobliźnionych ustach wykwitł uśmiech. Spojrzenie na Florence przywołało młodszą kobietę do porządku.
– Mirabel, czy lubisz czekoladowe żaby?– spytała, chcąc sprawdzić, czy zaklęcia również zadziałały na głos dziewczynki.