adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz tajemnic IV
Było lato: ciepłe, pogodne, dokładnie takie, które zachęcało do zagranicznych wyjazdów, wypadów nad morze, leśnych spacerów, pikników i wypoczynku na trawie, na świeżym powietrzu. Ale było to też lato, które nadeszło po Beltane, naznaczone szeptami o widmach, nasilonymi nagle działaniami śmierciożerców, pamięcią o słońcu i księżycu, które zabłysły na niebie.
Wyjazdy zagraniczne miały więc na celu zbieranie informacji, wycieczki nad morze oznaczały sprawdzanie mrocznych jaskiń. A kiedy Brenna leżała w trawie i kończynie, niemal niewidzialna pośród wybujałych ponad miarę roślin, spoglądając na niebo pomiędzy palcami, którymi przysłoniła twarz, wcale nie oznaczało to, że przyszła tutaj, żeby spędzić kilka godzin na beztroskim leniuchowaniu. Tuż obok jej głowy leżała broń biała, na razie ciągle w pochwie, ale czekająca na to, aż zostanie z tej wyciągnięta i użyta do treningu.
To też była forma wypoczynku i rozrywki, przynajmniej zdaniem Brenny. Ba, doskonałej wręcz rozrywki, bo była córką swego ojca, a to oznaczało, że zapytana, „czy miecze są fajne” odpowiedz „yes/no”, zapewne musiałaby wybrać trzecią opcję czyli „hell, yeah!!!”.
A kiedy trenowała czuła się trochę mniej winna, niż kiedy robiła to, co w ramach rozrywki robiła niegdyś, zanim wszystko zaczęło się sypać - jak bezcelowe włóczęgi po niemagicznym Londynie czy kręcenie się gdzieś po angielskich wybrzeżach, po teleportowaniu się z dala od cywilizacji. W porządku, nikt o zdrowych zmysłach nie biegłby na śmierciożercę z mieczem, ale kondycja fizyczna też miała znaczenie, prawda?
Okazja do poćwiczenia z kimś, z kim wcześniej się nie walczyło, też była nie do pogardzenia. W świecie czarodziejów od tego rodzaju broni i o dbałości o inne ćwiczenia niż latanie na miotły odchodzono już od wielu lat, Brenna zazwyczaj ćwiczyła więc wyłącznie z ojcem i bratem – a ich wszystkie zagrania znała już doskonale, tak samo, jak oni poznali większość jej sztuczek. Ciekawą partnerką do sparingów była Geraldine, ale zawsze dobrze było spróbować swoich sił z kimś, z kim jeszcze nigdy nie skrzyżowało się szpady… albo miecza, rapiera i tak dalej.
Wprawdzie Orion był ostatnią osobą (no dobrze, poza Norą), którą podejrzewałaby o takie umiejętności, ale kiedy przypadkiem wspomniał o szermierce, podchwyciła temat z entuzjazmem. I czekała teraz na niego na uboczu, na drobny, przyjacielski sparing.
– Cześć! – rzuciła, siadając w trawie, gdy usłyszała trzask aportacji. Sięgnęła odruchowo wprawdzie po różdżkę, ale widząc, że pojawiła się ta osoba, która pojawić się miała, machnęła nią nie w jego stronę, a ku pobliskiej trawie – ścinając ją w kręgu zaklęciem, by żadne z nich nie zabiło się o jakieś splątane zarośla. – Życzysz sobie walczyć fair, czy wszystkie chwyty dozwolone? – spytała, sięgając po broń, by kolejnym zaklęciem zabezpieczyć je tak, by nie było przez jakiś czas ostre. W końcu nie chciała tutaj nikomu obciąć kończyny i miała szczerą nadzieję, że on też jej nie. – Muszę cię ostrzec, znalazłam przed chwilą czterolistną koniczynę, to chyba powinno znaczyć, że powinnam mieć szczęście. Chyba że to prawda, że przynosi szczęście wyłącznie Irlandczykom. Chociaż tak naprawdę pewnie ją po prostu zaraz zgubię w walce, a w ogóle kiedy ostatni raz ktoś dał mi czterolistną koniczynę, pięć minut później podpalono mi rękaw – dodała, podnosząc się z ziemi i otrzepując spodnie z trawy. Ubrana była dość zwyczajnie, w ubrania mugolskie, których głównym zadaniem nie było wyglądanie dobrze, a nie krępowanie ruchów, skoro planowała tutaj wymachiwać bronią. Za ucho faktycznie zatknęła sobie czterolistną koniczynę, która wpadła jej w rękę, kiedy wylegiwała się przez te parę minut w trawie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.