I prawdopodobnie wbijałaby te szpile nadal, wzrokiem sugerując wszystko, co niezapisane i niepowiedziane w gęstej atmosferze bytowania – gdyby nie jego rozbawiona mina, która skłoniła ją do uniesienia niepewnie kącików ust. W patowości swojej sytuacji dostrzegła komizm tragiczny, który już po chwili wygiął wargi pewniej, a już po kilku sekundach rozbiły się perły jej śmiechu. Wyglądała na szaloną, ona jednak wolała mawiać, iż jest pogodna. Może właśnie to te krople rosy odbiły się szaleńczym śmiechem na obliczu; może nagle się rozluźniła, a może po prostu miała w głowie niepoukładanie i była niezrównoważona. Wszystkie opcje wydawały się prawdopodobne, ona jednak przyjemny uśmiech zogniskowała gdzieś w oczach mężczyzny.
– Nie proszę cię. To takie wyrażenie, wiesz, ja ciebie proszę – odparła miękko, marszcząc brwi. – Coś w stylu daj spokój, mówisz absurdalne rzeczy. Nie myślałam, że będę musiała ci tłumaczyć zawiłości językowe – dodała po chwili, pozwalając chyżemu rozbawieniu wspiąć się na palce w jej drobnej posturze.
– A Apollinaire pisał, że miłość jest godna i tragiczna. I w dodatku do maski tyrana podobna. Zabawne. – Westchnęła. – Możemy założyć klub książki.
– Wyglądałabym dobrze cała we krwi; w czerwonym mi do twarzy – spuentowała jakby nigdy nic; jakby właśnie nie droczyła się z mężczyzną, który podrzucał z niebezpieczną wprawą nóż.
W Loretcie było coś takiego, co czyniło ją absurdalnie obojętną wobec swojego życia bądź jego braku; była gotowa skoczyć w oko wulkanu, gdyby tylko czyhało na nią coś lukratywnego na dnie magmy; potrafiła igrać z losem w sposób, który tylko ludzie brzydzący się życiem potrafili – ona jednak nie brzydziła się życiem, czerpała z niego wręcz całymi garściami i wśród jej diabolicznej osobowości kryła się pogoda ducha, w żaden sposób nieoszukana i niewyważona z aktorską precyzją.
– Przyszłam cię rysować – odparła, wzruszając ramionami z niewymuszoną nonszalancją, skinąwszy w kierunku szkicownika, który leżał opodal. – A tutaj zaprowadziła mnie ciekawość. Wiele rzeczy robię z ciekawości – rzekła, podszywając swoje słowa solidną pierzyną prawdy.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it