01.12.2023, 21:07 ✶
- ... Śmiem twierdzić, że po prostu byśmy wtedy wylądowali w rowie, ewentualnie wjechali w jakąś lampę, drzewo czy cokolwiek innego - westchnęła ciężko, kręcąc głową. Szaleńcza jazda autobusem i rzucanie wszystkimi po jego wnętrzu to chyba była najoptymistyczniejsza możliwa opcja. Bo przynajmniej względnie cali jednak by dojechali do celu, ale w przypadku takiej walki... nie, nie ma co o tym myśleć, wypchnęła te obrazy z głowy.
Tego typu maszyneria bywała tak samo niebezpieczna, jak źle użyta magia.
- No właśnie. I więcej ludzi się skusi, niektórych pewnie można policzyć nawet po kilka razy i nic, tylko patrzeć, jak nam do skarbca wpada drugie tyle galeonów, albo i więcej... oczywiście na szczytne cele - dodała, nie uszczegóławiając już, jakie cele ewentualnie (ewentualnie, bo to wszystko nadal pozostawało w sferze żartu, prawda? PRAWDA?) miała na myśli. Wsparcie bezdomnych zwierząt? Program renowacji ogródków? Czy może działania Zakonu Feniksa...? Smutna prawda mimo wszystko była taka, że choć dobrym słowem dało się sporo zdziałać, to w pewnych momentach najzwyczajniej w świecie nie dało się przeskoczyć wartości pieniądza.
No, chyba że się miało na stanie hipnotyzera i do tego stosowną mentalność - ale to drugie generalnie nieszczególnie wpasowywało się w to, kim byli członkowie Zakonu.
- Marche... - zaczęła mówić, ale nie dokończyła; roześmiała się pełną piersią, aż dziw, że nie zleciała ze swojej gałęzi. Po chwili otarła kąciki oczu, kręcąc głową i uspokajając się powoli. Marchewki. Zamiast. Róży. O Matko, chyba tylko Brenna mogła wpaść na taki pomysł... - Obawiam się, Promyczku, że wsadziłaś go na buchorożca - skwitowała w końcu - Ja wiem, marchewką przynajmniej się najesz, ale... - zachichotała. Cóż, Mavelle pewnie nie obraziłaby się za marchewkę, ale wiele innych panien...? Cóż to za romantyzm w marchewce, zdecydowanie wolałyby piękną różę, którą można powąchać i wsadzić w flakonik. I cóż, że niebawem zwiędnie...?
- Czyje, to się dopiero rozstrzygnie! - nic, tylko wystawienia języka brakowało, niczym za szczeniackich czasów. Dorosłe kobiety, tak, zdecydowanie... Czereśniowa wojna nie trwała jakoś specjalnie długo, ba, pewnie nawet zbyt krótko jak na chwilę, którą chciałoby się na zawsze zatrzymać w pamięci...
- Już chwileczkę, maleńki - rzuciła łagodnie w stronę psa, gdy ten się rozszczekał. Tak, były wysoko, poza jego zasięgiem, miały zabawki, których on nie miał i och, jaka niesprawiedliwość się tu działa! - I co, już siódma? Żartujesz sobie chyba - skwitowała, również zsuwając się niżej, niżej, aż w końcu zostało już tylko zeskoczyć na ziemię i wytarmosić Gałgana, wynagradzając mu tę chwilę porzucenia.
A potem ruszyć w stronę domu; obowiązki magicznie nie znikały, w przeciwieństwie do lata... ale to miało jeszcze trwać, dopóki jesień nie ozłoci drzew.
Tego typu maszyneria bywała tak samo niebezpieczna, jak źle użyta magia.
- No właśnie. I więcej ludzi się skusi, niektórych pewnie można policzyć nawet po kilka razy i nic, tylko patrzeć, jak nam do skarbca wpada drugie tyle galeonów, albo i więcej... oczywiście na szczytne cele - dodała, nie uszczegóławiając już, jakie cele ewentualnie (ewentualnie, bo to wszystko nadal pozostawało w sferze żartu, prawda? PRAWDA?) miała na myśli. Wsparcie bezdomnych zwierząt? Program renowacji ogródków? Czy może działania Zakonu Feniksa...? Smutna prawda mimo wszystko była taka, że choć dobrym słowem dało się sporo zdziałać, to w pewnych momentach najzwyczajniej w świecie nie dało się przeskoczyć wartości pieniądza.
No, chyba że się miało na stanie hipnotyzera i do tego stosowną mentalność - ale to drugie generalnie nieszczególnie wpasowywało się w to, kim byli członkowie Zakonu.
- Marche... - zaczęła mówić, ale nie dokończyła; roześmiała się pełną piersią, aż dziw, że nie zleciała ze swojej gałęzi. Po chwili otarła kąciki oczu, kręcąc głową i uspokajając się powoli. Marchewki. Zamiast. Róży. O Matko, chyba tylko Brenna mogła wpaść na taki pomysł... - Obawiam się, Promyczku, że wsadziłaś go na buchorożca - skwitowała w końcu - Ja wiem, marchewką przynajmniej się najesz, ale... - zachichotała. Cóż, Mavelle pewnie nie obraziłaby się za marchewkę, ale wiele innych panien...? Cóż to za romantyzm w marchewce, zdecydowanie wolałyby piękną różę, którą można powąchać i wsadzić w flakonik. I cóż, że niebawem zwiędnie...?
- Czyje, to się dopiero rozstrzygnie! - nic, tylko wystawienia języka brakowało, niczym za szczeniackich czasów. Dorosłe kobiety, tak, zdecydowanie... Czereśniowa wojna nie trwała jakoś specjalnie długo, ba, pewnie nawet zbyt krótko jak na chwilę, którą chciałoby się na zawsze zatrzymać w pamięci...
- Już chwileczkę, maleńki - rzuciła łagodnie w stronę psa, gdy ten się rozszczekał. Tak, były wysoko, poza jego zasięgiem, miały zabawki, których on nie miał i och, jaka niesprawiedliwość się tu działa! - I co, już siódma? Żartujesz sobie chyba - skwitowała, również zsuwając się niżej, niżej, aż w końcu zostało już tylko zeskoczyć na ziemię i wytarmosić Gałgana, wynagradzając mu tę chwilę porzucenia.
A potem ruszyć w stronę domu; obowiązki magicznie nie znikały, w przeciwieństwie do lata... ale to miało jeszcze trwać, dopóki jesień nie ozłoci drzew.
Koniec sesji