Pochwały od Florence Bulstrode były na wagę złota. Oczy Ferny rozszerzyły się trochę, kiedy usłyszała słowa uznania i nawet jeżeli były zdawkowe, to i tak miały moc.
– Dziękuję. – wymamrotała i przesunęła się, robiąc miejsce panu Friskeyowi.
Schowała różdżkę w zakamarkach uzdrowicielskiej szaty i odetchnęła głęboko. Kolory powróciły na jej oblicze, kiedy to przyglądała się, jak ojciec dzieci próbuje przekonać je, by wypiły paskudny eliksir. Sytuacja przywołała wspomnienia, gdy wraz z siostrą były chore i matka poiła je jakimś eliksirem na odporność. Smakowało jak stopy trolla, zresztą to określenie wymyśliły wspólnie.
Przeniosła spojrzenie na drugiego z braci, który zarzekał się, że nie posiada żadnych piór. Wychodziło na to, że ich praca była tutaj skończona. Friskey odburknął, że zajmie się swoimi dziećmi i nawet podziękował im, co Fernah skwitowała uśmiechem.
– Polecamy się. – kiwnęła głową w stronę mężczyzny i podeszła do uzdrowicielki. – Czy mogę pani pomóc w czymś jeszcze?
Przed całą tą sytuacją niosła kartoteki paru pacjentów na recepcję, ale… Możliwość towarzyszenia pełnoprawnemu uzdrowicielowi przy obchodzie była znacznie ciekawsza i przez to kusząca. Na tyle, by Paprotka postanowiła odłożyć w czasie dostarczenie papierzysk.