Wszystko pławiło się w tej niepewności, która nagle, niespodziewanie, urosła do rangi niebotycznej – nie wiedziała, jakie uczucia drżały w niej niespokojnie, tak obce i absolutnie nieprzejednane, a emocje kłębiące się na scenie myśli nie pozwalały na żaden treściwy ruch. Przez całą rozciągłość ich znajomości brnęli ku nieuchronnemu – zupełnie, jakby gwiazdy perfidnie przyszykowały dla nich ten cały teatr nieodgadnionych uczuć. Nie mogli zawrócić w końcu, a wieczór spływający z wolna na ramiona nieba rozmywał zachodzące słońce, którego promienie przekraczały próg okiennic, kąpiąc wszystko w barwie pomarańczy i miodowego złota.
Jeden z wielu pierwszych razów, które dzielili w całej tej mieszaninie emocji: półmisku przywiązania okraszonym szczyptą bliskości; miękkość jego ust prędko wdarła się w meandry umysłu, czyniąc nieprzytomnie; zupełnie tak, jakby całe życie czekała na ten jeden dotyk, który zdejmie obietnicę z jej ust; na to, jak smakuje przyziemnie, a jednocześnie słodko.
Wypuszczona z objęć, trwała tak, centymetry od niego, jakby czekała na niespodziewane, na ten nagły paroksyzm bliskości, który ich połączył. Pocałunek rozmiękł na jej ustach, a policzki zapłonęły rumieńcem, który nigdy wcześniej nie rozlewał się na obliczu z taką gorliwością.
Odsunęła się od niego, gdy tylko usłyszała głowa skrzata.
Był jej dziwnym uzależnieniem; czymś, co przekraczało wszelkie pojęcie, jednocześnie zachowując tę okrutną prostotę.
Chciała, aby wszystko było teraz tak łatwe, tak proste i nieprzebrnięte; aby świat uchylił im swojej światłej sylwetki, rozlewając pomiędzy nimi lepki sok bliskości – nic jednak nie brzmiało tym samym tonem, a trudności zawierające się w każdym słowie nieomal, burzyły wszelkie mury.
Usiadła obok niego na kanapie, opadając miękko w jej ramiona, wzrok ogniskując w jego profilu.
Dopiero słowa wybudziły ją ze swoistego letargu, gdy wpatrywała się tak w niego momentami, zupełnie jakby były wreszcie wyswobodzone z tego, co tkwiło na dnie serca.
– To naprawdę głupie – parsknęła śmiechem. – Czy to zmienia cokolwiek, Theonie? Mam wiele pytań, ogromnie wiele – dodała nieco poważniej. – Wątpię, czy czymkolwiek mnie zaskoczysz. Pamiętam nawet tę dziewczynę, z którą po raz pierwszy całowałeś się w łazience w Hogwarcie. Jak ona miała? Linda? – Pozwoliła sobie na subtelny żart.
Prawdopodobnie to był jeden z tych wieczorów, gdy ich oddechy się zgrywały w jeden; możliwe, że nawet bicia serc tętniły w jednym rytmie, tak jakby chciały ogłosić wieczyste przywiązanie. Był to jeden z tych pierwszych razów, które stają się właściwymi pod wpływem rozedrganych emocji i zostają już tak o, na zawsze.