To nie alkohol prowadził jego ruchy. Nie alkohol dyktował jego głód - tak, jego własny. Ten, który wychodził naprzeciw Nicholasowi. Poszukiwali w sobie zgoła czegoś innego, ale prowadziło ich do tego samego. Bliskość fizyczna budowała bliskość mentalną - i zarówno to pierwsze jak i drugie potrafiło gasnąć całkowicie, kiedy już pragnienia i emocje zostaną zaspokojone. Gdy zbledną, zgasną.
- Czyjej? - Padło pytanie, gdy mierzył mężczyznę zadowolonym spojrzeniem. Teraz ten zapach mu się podobał - ta woń whiskey, której kropla sunęła po jego skórze. Ale on oczekiwał, że droga tej kropli zostanie zmyta, a jej chłód zapomniany w przypływie gorąca. Sama Afrodyta tylko najlepiej wiedziała, że gdyby tylko ten stół był pusty to Laurent wyciągnąłby się na nim, ciągnąc Nicholasa za sobą. Nie pociągnął jednak, nie ruszył się z jego ud, nie prowadził tej gry w inne miejsce, bo nawet nie miał ochoty podnosić się z tych ud. Spoglądanie na tego blondyna z góry było całkiem satysfakcjonujące. Nie, nie było to żadne porównanie do ich pierwszego zetknięcia, chyba że porównywać ze sobą noc i dzień co nastają po sobie naturalnie. Jeśli Nicholas sądził, że to alkohol już tak mocno zadziałał to może i to lepiej? Aniołom inaczej nie wypadało. A selkie? Czy selkie już wypadało, jeśli porównać je do syren, kusicielek i kusicieli zapraszających w morskie głębiny, by topić marynarzy?
- No wiesz... a ja liczyłem na to, że wypijesz całą. - Odezwał się ciepło, ze śmiechem zaklętym w słowach. Bo sam nie zamierzał więcej pić właśnie po to, żeby się nie upić. Słodkie. Że ten alkohol zabrał, jakby się obawiał tego, że mógłby w jego rękach odlecieć. Aż tańczyło na krańcu ust, że nie ma co się martwić, bo po alkoholu mógł być przecież tylko i wyłącznie łatwiejszy. Szklanka opuściła palce Laurenta gładziutko, prawie jakby w ogóle jej nie trzymał, a raczej unosiła się ona w powietrzu jednym z magicznych sposobów. Nicholas go jednak nie zawiódł mimo tego ruchu. A już sądził, że zabawa będzie popsuta. Westchnął tęsknie i zadrżał, napinając się nieco, wyginając to szyję, to potem lekko plecy, by nie żałować Nicholasowi dostępu do własnej skóry. Nieosłonięta teraz odzieniem odsłaniała skompletowane blizny - na nadgarstku od samobójczego cięcia, na przedramieniu od wypadku, na barku, od strony pleców, od ostrza noża. Wyciągnął swoje dłonie, by pomóc Nicholasowi pozbyć się guzików koszuli i przesunąć nimi potem po zagięciu mięśni z tym błogo niewinnym spojrzeniem, z tym anielskim uśmiechem, który nie mógłby przecież kusić do złego ani wodzić na pokuszenie. Który nie mógłby podsycać tego apetytu w Nicholasie, bo przecież to byłby grzech. Nie, nie mógłby. Ale Nicholas już w pełni mógł. Niech więc ten grzech zostanie wpisany na listę jego dokonań. Panie Boże, ładnie proszę...
Pamiętał to ciało. I choć nic tu nie pachniało sosną, to w perfumach Laurenta, delikatnych, dominowały drzewne zapachy - wetyweria, cedr i heban.
Pochylił się do mężczyzny, przylegając klatka piersiowa do klatki piersiowej, układając głowę na jego ramieniu i zamykając na moment oczy. Mógłby się tu zatrzymać - dokładnie w tym punkcie. Objął Nicholasa czule, wsuwając dłonie na jego plecy. Mógłby - w innym wymiarze, w innej rzeczywistości. Nie tu i teraz, kiedy zaraz jego palce wznowiły wędrówkę, by oprzeć się na biodrach Nicholasa i odsunąć się ledwo tak, by móc spojrzeć znów w te rozpalone oczy.
- Zobacz, jaki jesteś piękny, kiedy tak płoniesz... Piękniejszy jesteś tylko wtedy, gdy się uśmiechasz. - Szepnął niemal dotykając swoim nosem krańca jego nosa, muskając teraz opuszkami jego policzek, wsuwając je na krótko przycięte włosy mężczyzny.
Słabość do selkie, co..? Ach, ale Laurent był selkie tylko w połowie.