Słońce chyliło się ku zachodowi, oblewając lepką, miodową poświatą wnętrze mieszkania, w którym zwolna zapadał mrok; wieczory ubierały się w tak miękki całun aksamitu, który czynił w umyśle niespokojnie, podsycając bezsennie nieprzebrnięte meandry myśli; od dawna nie spała dobrze, snem nieprzerywanym gwałtownie, na jej obliczu więc wykwitły zacienienia pod oczami – w takich momentach odnajdowała się jedynie w gorzkim smaku opium, które drażniło zmysły i podsycały ten cały absurd, przędzony życiorys. Może gdyby była odrobinę bardziej miękka, trochę silniej zapętlona we własnych myślach, nie ignorując wewnętrznej potrzeby bycia – może wówczas westchnięciem opadłaby w masyw pościeli, ściągając na powieki sen niejako bezwiednie.
Tym razem jednak, wyglądała w pewien niezachwiany sposób inaczej. Nigdy w zasadzie nie była na randce w pełni wydatności tego słowa – z kimś, z kim chciałaby dzielić tę przestrzeń życiową; z kimś, kto nie byłby kolejnym amantem zesłanym w jej ramiona modliszki przez matkę i z kimś, kto rozumiałby ją bezsłownie. Yaxley w końcu, choć odległy i bliski zarazem, pojmował ją bezbłędnie – tak jak wtedy, tej pamiętnej nocy, gdy wirowali pijani na nagrobku z nieistniejącą muzyką, grającą jedynie w ich połączonych myślach.
Dlatego prawdopodobnie wyglądała zgoła inaczej. Na ogół widział ją w kitlu, z włosami spiętymi w niedbałego koka i okularami na czubku nosa – nigdy także nie przykładała należytej istnieniom kobiecym wagi do własnej prezencji – skupiona na pracy i na niej wyłącznie, przekładała ją zawsze ponad prozaiczne potrzeby. Może gdyby nie była tak dalece posuniętą pracoholiczką – może wówczas ciągnęłaby wargi karminem, a włosy układała w spętane loki. Ona jednak, nigdy nie posiadała należytego adoratora, zamykała się więc w prosektorium.
Tym razem, jej usta lśniły czerwienią, welurowa sukienka kończyła się w połowie łydki, włosy spętane falą opadały na ramiona, sięgając do pasa nieomal, a stukot obcasów zwiastował jej przybycie. Od zawsze było jej dobrze w zieleni, postawiła zatem na przybrudzoną, butelkową zieleń jako dominantę w swoim odzieniu. Jej sylwetka, jakby stworzona do kreacji, podkreślała ogrom atutów i gdy spojrzała na siebie raz jeszcze w lustrze, niepewna własnej urokliwości (nic dziwnego – była kobietą praktyczną i pragmatyczną) i ruszyła pod wskazaną przez Theona lokację.
Musiał zobaczyć ją z daleka, sunącą brukiem londyńskim, między palcami trzymając papierosa, którego dopaliła akurat, gdy natrafiła na znajomą sylwetkę.
– A co gdybym odpowiedziała: nie? – zabrzmiała zaczepnie, ogniskując w nim spojrzenie piwnej toni tęczówek. – Żartuję, chyba bardziej gotowa nie byłam nigdy w życiu – rzekła odrobinę bardziej miękko.
Podała mu dłoń i weszła do lokalu, usadzając się na jednym z krzeseł przy zaoferowanym im stoliku.
– Pamiętasz jak wtedy byliśmy pijani i poszliśmy tańczyć na cmentarzu? – zagaiła. – Jesteś beznadziejnym tancerzem, ale byłam wtedy na tyle pod wpływem, że nawet nie czułam jak po mnie depczesz – dodała, przyjmując na wargi nieprzejednany uśmiech.