02.12.2023, 06:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2023, 06:47 przez Alexander Mulciber.)
Gdyby Mulciber wiedział, że brat jego – bardzo pięknej i bardzo młodszej od niego – żony nazywał go w myślach per Księciem Ćpunów (kc, Louvain, to mój nowy tytuł użytkownika) zapewne odwdzięczyłby mu się równie pięknym epitetem, ale jak zwykle, za bardzo był zajęty obserwowaniem, jak ten zachowuje się w towarzystwie bliźniaczej siostry.
Diana zauważyła kiedyś, że rodzeństwo Lestrange jest ze sobą wyjątkowo blisko, i od tamtej pory ich podatne na sugestywne teorie spiskowe ćpuńskie umysły nie mogły się pozbyć pewnych podejrzeń, które wprawdzie zdołali wypowiedzieć głośno tylko na haju: wystarczy jednak wyjaśnić, że jedną ulubionych rozrywek Diany i Axela było siedzenie w obrzydliwie drogich restauracjach, gdzie skryci za czarnymi szkłami markowych okularów przeciwsłonecznych grali w siblings or dating urozmaicając sobie tą niewinną zabawą degustację luksusowych alkoholi, przynajmniej dopóki to na nich ktoś nie spojrzał dziwnie, kiedy płacili platynową kartą Donalda za utracjuszowskie uciechy…
W każdym razie, podejrzenia Mulciberów odnośnie zażyłości bliźniąt Lestrange wydawały się kompletnie uzasadnione, jeżeli wspomnieć, że początkowo Alexander był przekonany, że cała ta afera to jakaś wymyślna orgia – bowiem list od Loretty przeczytał wybiórczo, fiksując swoją uwagę na połamanych palcach jebanego Leandra (dobrze, że zdechł, skwitował z satysfakcją) i pełnym wyrzutu czyżbyś o mnie zapomniał? – a jeżeli ktoś powinien bić się o pizdę Loretty, to powinien być on, nie jej brat, stwierdził, dotąd zbytnio wzburzony wizją swojej żony w łóżku jebanego Philipa Notta. W tym jednym mógłby się zapewne zgodzić z Louvainem, że jak tak na Notta patrzył, to też nie mógł powstrzymać obrzydzenia, bo gracz quidditcha wyglądał zawsze tak, jakby tej samej pasty Fleetwooda do polerowania miotły używał dodatkowo jako maści na porost włosów i lubrykantu na kij trzymany w dupie.
Aż skręcało go w środku, żeby dopiec Lorettcie jakimś komentarzem w kontekście tego krótkiego romansu, który podobno miał miejsce pięć lat temu, i podobno zakończył się zanim się zdążył dobrze rozpocząć, ale darował już sobie, bo ta z kolei coś tam chrzaniła o ćpunkach, z którymi podobno zdarzyło mu się współżyć, ale nawet nie chciało mu się komentować tych rewelacji, bo mówiła to samo o każdej przedstawicielce płci pięknej, która ośmieliła się dłużej zawiesić na nim oko, a nie daj boże zamienić więcej niż jedno słowo – szybko poradził sobie jednak z jej zazdrością: wystarczyło, że stalowym tonem przypomniał jej, że nie to obiecywali sobie wtedy w cygańskim wozie, prawda?, i czule objął ją ramieniem, zanim razem z Dianą poszły przypudrować noski w łazience.
Nie chciał iść do żadnego klubu. Wbrew pogłoskom o swojej reputacji, szczerze nie znosił takich spędów, i nawet perspektywa darmowego alkoholu nie przekonywała go do porzucenia samotności, do której zdążył nawyknąć przez ostatni miesiąc – na pewno nie teraz, kiedy był kompletnie przebodźcowany, zmęczony po miesięcznej nieobecności na angielskiej ziemi, nękany dniem i nocą przez widmo brata, który w stanie wegetatywnym leżał w szpitalu – nie, kiedy wszystko, co miał, to zmartwienia. Chciał myśleć, że Loretta do nich nie należy, a jednak, ten pojedynek…
– Nie zostanę, Loretto – zwrócił się do kobiety, której boku nie odstąpił od czasu pojawienia się na Arenie Srebrnych Różdżek. Od razu oznajmił jej, że nie będzie uczestniczył w żadnych fetach na cześć jej brata, bo raz, nie było czego świętować, dwa, żadne z nikt nie chce drugiego takiego pojedynku, tym razem z Alexem zamiast Philipem w roli głównej, a wiedział, że Louvain chętnie wywinąłby mu taką akcję. – Nie dzisiaj. Nie z tymi ludźmi. – Z całej widowni na pojedynku mógłby zamienić słowo co najwyżej z Eden Malfoy, pardon, teraz Eden Lestrange, ale wątpił, by podobne imprezy były w jej guście.
Teraz Mulciber nie wyglądał jak Książę Ćpunów, to znaczy, wyglądał, bo trochę schudł w ciągu ostatniego miesiąca; jego policzki wyglądały na bardziej zapadnięte, wydatna szczęka rysowała się ostrzej niż zwykle w jego przystojnej twarzy (ciekawe czy na tyle ostro, by ktoś skaleczył sobie rękę, waląc go w mordę… Yyy, co to za dziwna myśl? Halo, trzecie oko?), a blizny po wkłuciach, skryte pod rękawami eleganckiej koszuli, też magicznie nie zniknęły; ale miał to szczęście, że szedł pod rękę z najpiękniejszą kobietą na całym tym ziemskim padole, czyli swoją żoną która zawsze miała bardzo mętne wyobrażenie wierności małżeńskiej, a na drugim jego ramieniu opierała się jego anielska szwagierka o reputacji diablicy, więc prędzej można by go było ochrzcić Księciem Kurew, ale już lepiej nie wybiegać w przyszłość i nie dostarczać co po niektórym pomysłów na obelgi.
Tknięty nagłym przeczuciem, pochwycił mocniej Dianę, zanim ta jeszcze zdążyła potknąć się o wystający kant chodnikowej płyty.
– Maleńka, bo zaraz się wypierdolisz – westchnął, zwalniając kroku, kiedy zbliżali się do klubu. Zawsze czuł za nią swego rodzaju odpowiedzialność, ale od czasu, kiedy kompletnie zjebał sprawę z Donaldem, i szmatławce szargały jej dobre imię, oskarżając ją o zbrodnię, której nie popełniła, czuł się przerażająco winny.
Diana zauważyła kiedyś, że rodzeństwo Lestrange jest ze sobą wyjątkowo blisko, i od tamtej pory ich podatne na sugestywne teorie spiskowe ćpuńskie umysły nie mogły się pozbyć pewnych podejrzeń, które wprawdzie zdołali wypowiedzieć głośno tylko na haju: wystarczy jednak wyjaśnić, że jedną ulubionych rozrywek Diany i Axela było siedzenie w obrzydliwie drogich restauracjach, gdzie skryci za czarnymi szkłami markowych okularów przeciwsłonecznych grali w siblings or dating urozmaicając sobie tą niewinną zabawą degustację luksusowych alkoholi, przynajmniej dopóki to na nich ktoś nie spojrzał dziwnie, kiedy płacili platynową kartą Donalda za utracjuszowskie uciechy…
W każdym razie, podejrzenia Mulciberów odnośnie zażyłości bliźniąt Lestrange wydawały się kompletnie uzasadnione, jeżeli wspomnieć, że początkowo Alexander był przekonany, że cała ta afera to jakaś wymyślna orgia – bowiem list od Loretty przeczytał wybiórczo, fiksując swoją uwagę na połamanych palcach jebanego Leandra (dobrze, że zdechł, skwitował z satysfakcją) i pełnym wyrzutu czyżbyś o mnie zapomniał? – a jeżeli ktoś powinien bić się o pizdę Loretty, to powinien być on, nie jej brat, stwierdził, dotąd zbytnio wzburzony wizją swojej żony w łóżku jebanego Philipa Notta. W tym jednym mógłby się zapewne zgodzić z Louvainem, że jak tak na Notta patrzył, to też nie mógł powstrzymać obrzydzenia, bo gracz quidditcha wyglądał zawsze tak, jakby tej samej pasty Fleetwooda do polerowania miotły używał dodatkowo jako maści na porost włosów i lubrykantu na kij trzymany w dupie.
Aż skręcało go w środku, żeby dopiec Lorettcie jakimś komentarzem w kontekście tego krótkiego romansu, który podobno miał miejsce pięć lat temu, i podobno zakończył się zanim się zdążył dobrze rozpocząć, ale darował już sobie, bo ta z kolei coś tam chrzaniła o ćpunkach, z którymi podobno zdarzyło mu się współżyć, ale nawet nie chciało mu się komentować tych rewelacji, bo mówiła to samo o każdej przedstawicielce płci pięknej, która ośmieliła się dłużej zawiesić na nim oko, a nie daj boże zamienić więcej niż jedno słowo – szybko poradził sobie jednak z jej zazdrością: wystarczyło, że stalowym tonem przypomniał jej, że nie to obiecywali sobie wtedy w cygańskim wozie, prawda?, i czule objął ją ramieniem, zanim razem z Dianą poszły przypudrować noski w łazience.
Nie chciał iść do żadnego klubu. Wbrew pogłoskom o swojej reputacji, szczerze nie znosił takich spędów, i nawet perspektywa darmowego alkoholu nie przekonywała go do porzucenia samotności, do której zdążył nawyknąć przez ostatni miesiąc – na pewno nie teraz, kiedy był kompletnie przebodźcowany, zmęczony po miesięcznej nieobecności na angielskiej ziemi, nękany dniem i nocą przez widmo brata, który w stanie wegetatywnym leżał w szpitalu – nie, kiedy wszystko, co miał, to zmartwienia. Chciał myśleć, że Loretta do nich nie należy, a jednak, ten pojedynek…
– Nie zostanę, Loretto – zwrócił się do kobiety, której boku nie odstąpił od czasu pojawienia się na Arenie Srebrnych Różdżek. Od razu oznajmił jej, że nie będzie uczestniczył w żadnych fetach na cześć jej brata, bo raz, nie było czego świętować, dwa, żadne z nikt nie chce drugiego takiego pojedynku, tym razem z Alexem zamiast Philipem w roli głównej, a wiedział, że Louvain chętnie wywinąłby mu taką akcję. – Nie dzisiaj. Nie z tymi ludźmi. – Z całej widowni na pojedynku mógłby zamienić słowo co najwyżej z Eden Malfoy, pardon, teraz Eden Lestrange, ale wątpił, by podobne imprezy były w jej guście.
Teraz Mulciber nie wyglądał jak Książę Ćpunów, to znaczy, wyglądał, bo trochę schudł w ciągu ostatniego miesiąca; jego policzki wyglądały na bardziej zapadnięte, wydatna szczęka rysowała się ostrzej niż zwykle w jego przystojnej twarzy (ciekawe czy na tyle ostro, by ktoś skaleczył sobie rękę, waląc go w mordę… Yyy, co to za dziwna myśl? Halo, trzecie oko?), a blizny po wkłuciach, skryte pod rękawami eleganckiej koszuli, też magicznie nie zniknęły; ale miał to szczęście, że szedł pod rękę z najpiękniejszą kobietą na całym tym ziemskim padole, czyli swoją żoną która zawsze miała bardzo mętne wyobrażenie wierności małżeńskiej, a na drugim jego ramieniu opierała się jego anielska szwagierka o reputacji diablicy, więc prędzej można by go było ochrzcić Księciem Kurew, ale już lepiej nie wybiegać w przyszłość i nie dostarczać co po niektórym pomysłów na obelgi.
Tknięty nagłym przeczuciem, pochwycił mocniej Dianę, zanim ta jeszcze zdążyła potknąć się o wystający kant chodnikowej płyty.
– Maleńka, bo zaraz się wypierdolisz – westchnął, zwalniając kroku, kiedy zbliżali się do klubu. Zawsze czuł za nią swego rodzaju odpowiedzialność, ale od czasu, kiedy kompletnie zjebał sprawę z Donaldem, i szmatławce szargały jej dobre imię, oskarżając ją o zbrodnię, której nie popełniła, czuł się przerażająco winny.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat