02.12.2023, 08:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2023, 14:11 przez Alexander Mulciber.)
Trigger Warning: przemoc, tortury, morderstwo kobiety, Mulciber's mind deserves its own warning (Odkryj)
– Zabiję dzisiaj kogoś – wyznał rano oplatającej go Lorettcie, między jednym westchnieniem a drugim, i to takim tonem, jakby mówił o czymś równie błahym, co osoba jej narzeczonego albo jutrzejsza pogoda. Chciała w końcu szczerości, tyle razy wytykała mu, że nie umie rozmawiać, a sama jedynie uniosła brwi. I?, zdawały się mówić jej zwykle tak ekspresyjne oczy. Wzruszył ramionami. Nie martwisz się, że zginę?, chciał zażartować, ale już zanim otworzył usta, znał też jej odpowiedź: złego diabli nie wezmą.
Nagły atak Tristana wziął go, co prawda z zaskoczenia.
Cóż, za bardzo był skupiony na siedzącej przed nim kobiecie, za bardzo podekscytowany możliwością zadania jej bólu – wolał kobiety, nie czerpał żadnej przyjemności z męczenia mężczyzn, kiedy leżeli przed nim związani i bezsilni, tym bardziej żałośni przez podejmowane próby oporu – lubił słuchać melodyjnych jęków kobiet, lubił niedowierzanie w ich oczach, i to, że musiał być bardziej kreatywny w zadawaniu im bólu… Kiedy wykrzywiały twarz w parkosyzmach cierpienia, napawało go to czymś na kształt rozkoszy.
Nie mógł zbyt długo zastanawiać się jednak nad swoimi preferencjami, bo zwinął się z bólu, kiedy stolik potężnie przywalił w jego kręgosłup lędźwiowy, popychając go prosto na stający przed nim fotel, na otumaniałą ze strachu mugolkę. Wydał z siebie mimowolnie jęk bólu, który był lontem zapalnym dla skrzynki dynamitu, jaką były gniew Murtagha i brutalność Lestrange’a.
Tylko że Ward nie wiedział o nim paru rzeczy. Po pierwsze, Loretta powiedziała mu dzisiaj, że złego diabli nie wezmą, a to brzmiało jak obietnica; jak przepowiednia niemal, dlatego nie martwił się specjalnie o swój stan; po drugie, ten zły był na tyle uzależniony od opioidów, że nie było dnia, w którym nie łyknąłby czegokolwiek, a wcześniej tego dnia strzelił sobie doustną dawkę morfiny, która uwalniała się powoli, zapewniając stan przyjemnej desensytyzacji, i ulgę w bólu; po trzecie, Mulciber już od dawna żył bez kręgosłupa moralnego, więc i ten kostny nie powinien mu specjalnie dokuczać.
Obszedł dookoła fotel, podpierając się o niego dominującą ręką, i choć nie było tego widać przez maskę, krzywił się, stając ostatecznie za jego wezgłówkiem.
I wybuchł śmiechem, kiedy zobaczył, jak ojciec Warda miota się z bólu, po tym, jak Murtagh użył na nim zaklęcia torturującego.
Pieniacka wściekłość Murtagha była naprawdę poruszająca, biorąc pod uwagę nienaganność jego jaśniepańskich manier – z Macmillanem zawsze można było się pokazać w towarzystwie, bo on to potrafił lawirować dookoła tych wszystkich zmanierowanych arystokratów i rzucać swoimi inteligentnymi odzywkami na prawo i lewo, kiedy Mulciber raczej ograniczał się do kilku celnych, acz krótkich uwag – tylko z nim podczas uroczystych bankietów potrafił się bawić naprawdę dobrze, bo potrafił być jednocześnie zwyczajnie wredny i piekielnie inteligentny. Ale ta wersja Macmillana, kiedy tracił nad sobą panowanie… Lubił ją. Czuł się wtedy tak, jakby oboje byli na szczycie świata.
Skupił spojrzenie na Lestrange’u, mocującym się z Wardem. Różdżkę przystawił do głowy rozdygotanej matki Tristana.
– Małe przemeblowanie, co, Ward? – Narrator wszechwiedzący pozwala sobie w tym momencie zauważyć, że Tristan zacznie pewnie inaczej śpiewać, gdy Mulciber przemebluje jego starą, a Macmillan dokona metamorfozy wnętrza jego główki… – a, chwila, cofnijcie to – dzięki uprzejmości Lestrange’a, śpiewanie też wkrótce przestanie wchodzić w grę. No cóż…
Alexander machnął różdżką, gwałtownie, ze zniecierpliwieniem; odsuwając na bok wszelkie ławy, etażerki, pufy, lampy i inne gówniane ozdóbki z najbliższego sąsiedztwa – co było oczywiście eufemizmem na to, że wszystkie meble, poza fotelami, na których ulokowani zostali rodzice młodego aurora, i sofy, którą wcześniej zajmował Tristan, rozprysły się po bokach przestronnego pokoju, w którym się znajdowali, w większości ulegając zniszczeniu. Jakby od niechcenia rozcierał przy tym część kręgosłupa lędźwiowego, w którą oberwał, a kiedy się wyprostował na dobre, aż chrupnęło.
– Nie podoba mi się kolor tego fotela. Bezguście, nie sądzisz? – W jego głosie słychać było szyderczy uśmiech, kiedy zwrócił się ni to do Macmillana, ni to do Lestrange’a w szczególności.
– Czerwony bardziej pasowałby do ścian – zasugerował leniwie.
Jego ruchy były szybkie, precyzyjne. Posoka trysnęła z ran na ciele mugolki, plamiąc materiał fotela, podłogę i pokrywający ją dywan. Cięcia była liczne, nie tylko powierzchowne, ale i głębokie, i przybywało ich, a mugolka wrzeszczała, i wrzeszczała, i wrzeszczała, a Mulciber przestał walić na ślepo, tylko już delikatnie sunął różdżką po jej skórze, i otwierał coraz to nowe nacięcia, czasem trochę drgnęła mu ręka, niby niechcący, i oderwał jakiś płat mugolskiego mięsa, ale tak, by wciąż utrzymać matkę szlamy w miarę w jednym kawałku.
Cały czas stał za fotelem, w bezpiecznej odległości od rzucającego się Warda, i obserwował reakcję zgromadzonych. Nie chciał odbierać w żaden sposób Macmillanowi roli mistrza ceremonii, ale mimo wszystko trochę go wkurwił fakt, że jakiś szczyl próbował znokautować go stolikiem do kawy. Jego prawa ręka, trzymająca różdżkę, była cały czas wycelowana w głowę mugolki, zaś lewa, wolna – pomagała rozedrganym dłoniom pani Ward uciskać ranę na jej szyi. Widać było po jego pewnej postawie, że nie pozwoli jej wykrwawić się, zanim nie dostanie jasnego sygnału od Murtagha – czekał na rozkaz, a ciepła krew mugolki spływała po jego rękach i szacie, jej drobinki znalazły się nawet na jego prostej, czarnej masce. W pewnym momencie przestała wrzeszczeć, dziwne. Jej usta były rozwarte, jakby zastygły w niemym krzyku.
– To nie jest czerwony. Krew tej świni bardziej przypomina szlam – Jego głos, do tej pory tak bezbarwny, ociekał teraz tak namacalnym obrzydzeniem, że aż dziwne było, jak wcześniej hamował bijącą z niego nienawiść. A przecież był takim samym człowiekiem, jak wszyscy tutaj zgromadzeni, i nawet wiedział, czym jest miłość, ba, z taką samą łatwością, z jaką strzelały teraz w stronę Warda czarne nici nienawiści, tak chociażby delikatnie różowe, świetliste nitki zdawały się oplatać postać Diany, którą traktował jak prawdziwą rodzinę... Tak, nici powiązań nie dbały o to, z jakiej krwi się wywodzisz: z Dianą był przecież tylko spowinowacony, a każdy Mulciber albo Bletchley powiedziałby, że łączące ich nici symbolizują czystą miłość i opiekuńczość; że byli rodziną, że była mu bliższa bardziej, niż ktokolwiek z jego rzeczywistych krewnych. Nici powiązań nie dbały o krew; ale Alexander już tak. – Dalej. Możemy zobaczyć, czy on ma to samo w żyłach – prychnął śmiechem, skinieniem głowy pokazując w stronę ojca Tristana. – Nie masz nic przeciwko, co, Tristan?
– Nie martw się, kochanie, jeszcze nie umierasz – uciszył delikatnie drżące jęki śmiertelnie bladej ze strachu kobiety, na moment puszczając jej dłonie, by uspokajająco pogłaskać ją po głowie – a tak naprawdę wytrzeć upapraną nieczystą krwią rękawicę o jej włosy, rozsmarowując szlam po jej twarzy. Szybko jednak wrócił do pierwotnego uchwytu, nie chciał bowiem, by jej rozdygotane ręce bezsilnie opadły na podołek, i by odkryła, że z jej rozciętej jamy brzusznej prawie że wyglądają na wierzch otłuszczone wnętrzności.
Nagły atak Tristana wziął go, co prawda z zaskoczenia.
Cóż, za bardzo był skupiony na siedzącej przed nim kobiecie, za bardzo podekscytowany możliwością zadania jej bólu – wolał kobiety, nie czerpał żadnej przyjemności z męczenia mężczyzn, kiedy leżeli przed nim związani i bezsilni, tym bardziej żałośni przez podejmowane próby oporu – lubił słuchać melodyjnych jęków kobiet, lubił niedowierzanie w ich oczach, i to, że musiał być bardziej kreatywny w zadawaniu im bólu… Kiedy wykrzywiały twarz w parkosyzmach cierpienia, napawało go to czymś na kształt rozkoszy.
Nie mógł zbyt długo zastanawiać się jednak nad swoimi preferencjami, bo zwinął się z bólu, kiedy stolik potężnie przywalił w jego kręgosłup lędźwiowy, popychając go prosto na stający przed nim fotel, na otumaniałą ze strachu mugolkę. Wydał z siebie mimowolnie jęk bólu, który był lontem zapalnym dla skrzynki dynamitu, jaką były gniew Murtagha i brutalność Lestrange’a.
Tylko że Ward nie wiedział o nim paru rzeczy. Po pierwsze, Loretta powiedziała mu dzisiaj, że złego diabli nie wezmą, a to brzmiało jak obietnica; jak przepowiednia niemal, dlatego nie martwił się specjalnie o swój stan; po drugie, ten zły był na tyle uzależniony od opioidów, że nie było dnia, w którym nie łyknąłby czegokolwiek, a wcześniej tego dnia strzelił sobie doustną dawkę morfiny, która uwalniała się powoli, zapewniając stan przyjemnej desensytyzacji, i ulgę w bólu; po trzecie, Mulciber już od dawna żył bez kręgosłupa moralnego, więc i ten kostny nie powinien mu specjalnie dokuczać.
Obszedł dookoła fotel, podpierając się o niego dominującą ręką, i choć nie było tego widać przez maskę, krzywił się, stając ostatecznie za jego wezgłówkiem.
I wybuchł śmiechem, kiedy zobaczył, jak ojciec Warda miota się z bólu, po tym, jak Murtagh użył na nim zaklęcia torturującego.
Pieniacka wściekłość Murtagha była naprawdę poruszająca, biorąc pod uwagę nienaganność jego jaśniepańskich manier – z Macmillanem zawsze można było się pokazać w towarzystwie, bo on to potrafił lawirować dookoła tych wszystkich zmanierowanych arystokratów i rzucać swoimi inteligentnymi odzywkami na prawo i lewo, kiedy Mulciber raczej ograniczał się do kilku celnych, acz krótkich uwag – tylko z nim podczas uroczystych bankietów potrafił się bawić naprawdę dobrze, bo potrafił być jednocześnie zwyczajnie wredny i piekielnie inteligentny. Ale ta wersja Macmillana, kiedy tracił nad sobą panowanie… Lubił ją. Czuł się wtedy tak, jakby oboje byli na szczycie świata.
Skupił spojrzenie na Lestrange’u, mocującym się z Wardem. Różdżkę przystawił do głowy rozdygotanej matki Tristana.
– Małe przemeblowanie, co, Ward? – Narrator wszechwiedzący pozwala sobie w tym momencie zauważyć, że Tristan zacznie pewnie inaczej śpiewać, gdy Mulciber przemebluje jego starą, a Macmillan dokona metamorfozy wnętrza jego główki… – a, chwila, cofnijcie to – dzięki uprzejmości Lestrange’a, śpiewanie też wkrótce przestanie wchodzić w grę. No cóż…
Alexander machnął różdżką, gwałtownie, ze zniecierpliwieniem; odsuwając na bok wszelkie ławy, etażerki, pufy, lampy i inne gówniane ozdóbki z najbliższego sąsiedztwa – co było oczywiście eufemizmem na to, że wszystkie meble, poza fotelami, na których ulokowani zostali rodzice młodego aurora, i sofy, którą wcześniej zajmował Tristan, rozprysły się po bokach przestronnego pokoju, w którym się znajdowali, w większości ulegając zniszczeniu. Jakby od niechcenia rozcierał przy tym część kręgosłupa lędźwiowego, w którą oberwał, a kiedy się wyprostował na dobre, aż chrupnęło.
– Nie podoba mi się kolor tego fotela. Bezguście, nie sądzisz? – W jego głosie słychać było szyderczy uśmiech, kiedy zwrócił się ni to do Macmillana, ni to do Lestrange’a w szczególności.
– Czerwony bardziej pasowałby do ścian – zasugerował leniwie.
Jego ruchy były szybkie, precyzyjne. Posoka trysnęła z ran na ciele mugolki, plamiąc materiał fotela, podłogę i pokrywający ją dywan. Cięcia była liczne, nie tylko powierzchowne, ale i głębokie, i przybywało ich, a mugolka wrzeszczała, i wrzeszczała, i wrzeszczała, a Mulciber przestał walić na ślepo, tylko już delikatnie sunął różdżką po jej skórze, i otwierał coraz to nowe nacięcia, czasem trochę drgnęła mu ręka, niby niechcący, i oderwał jakiś płat mugolskiego mięsa, ale tak, by wciąż utrzymać matkę szlamy w miarę w jednym kawałku.
Cały czas stał za fotelem, w bezpiecznej odległości od rzucającego się Warda, i obserwował reakcję zgromadzonych. Nie chciał odbierać w żaden sposób Macmillanowi roli mistrza ceremonii, ale mimo wszystko trochę go wkurwił fakt, że jakiś szczyl próbował znokautować go stolikiem do kawy. Jego prawa ręka, trzymająca różdżkę, była cały czas wycelowana w głowę mugolki, zaś lewa, wolna – pomagała rozedrganym dłoniom pani Ward uciskać ranę na jej szyi. Widać było po jego pewnej postawie, że nie pozwoli jej wykrwawić się, zanim nie dostanie jasnego sygnału od Murtagha – czekał na rozkaz, a ciepła krew mugolki spływała po jego rękach i szacie, jej drobinki znalazły się nawet na jego prostej, czarnej masce. W pewnym momencie przestała wrzeszczeć, dziwne. Jej usta były rozwarte, jakby zastygły w niemym krzyku.
– To nie jest czerwony. Krew tej świni bardziej przypomina szlam – Jego głos, do tej pory tak bezbarwny, ociekał teraz tak namacalnym obrzydzeniem, że aż dziwne było, jak wcześniej hamował bijącą z niego nienawiść. A przecież był takim samym człowiekiem, jak wszyscy tutaj zgromadzeni, i nawet wiedział, czym jest miłość, ba, z taką samą łatwością, z jaką strzelały teraz w stronę Warda czarne nici nienawiści, tak chociażby delikatnie różowe, świetliste nitki zdawały się oplatać postać Diany, którą traktował jak prawdziwą rodzinę... Tak, nici powiązań nie dbały o to, z jakiej krwi się wywodzisz: z Dianą był przecież tylko spowinowacony, a każdy Mulciber albo Bletchley powiedziałby, że łączące ich nici symbolizują czystą miłość i opiekuńczość; że byli rodziną, że była mu bliższa bardziej, niż ktokolwiek z jego rzeczywistych krewnych. Nici powiązań nie dbały o krew; ale Alexander już tak. – Dalej. Możemy zobaczyć, czy on ma to samo w żyłach – prychnął śmiechem, skinieniem głowy pokazując w stronę ojca Tristana. – Nie masz nic przeciwko, co, Tristan?
– Nie martw się, kochanie, jeszcze nie umierasz – uciszył delikatnie drżące jęki śmiertelnie bladej ze strachu kobiety, na moment puszczając jej dłonie, by uspokajająco pogłaskać ją po głowie – a tak naprawdę wytrzeć upapraną nieczystą krwią rękawicę o jej włosy, rozsmarowując szlam po jej twarzy. Szybko jednak wrócił do pierwotnego uchwytu, nie chciał bowiem, by jej rozdygotane ręce bezsilnie opadły na podołek, i by odkryła, że z jej rozciętej jamy brzusznej prawie że wyglądają na wierzch otłuszczone wnętrzności.
Z tego wszystkiego można wysnuć prosty wniosek: Axel, w przeciwieństwie do swoich wężowych towarzyszy (prawdziwa drużyna marzeń: Python, Vipera i Serpens), zdecydowanie, dżentelmenem nie był.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat