Zacisnął usta w wąską linię, gdy usłyszał histeryczny śmiech blondynki. Nie był to chichot przypominający odgłosy chochlików kornwalijskich, czy twardy, nieco niepokojący rechot, który zdarzało się usłyszeć w murach Banku Gringotta w wykonaniu goblinów. Nie mógł zaprzeczyć, że dźwięk ten był przyjemny, jednak wprawił go w niemałe zakłopotanie, gdyż nie bardzo wiedział, co też takiego śmiesznego powiedział.
Wbił w nią pełen powagi wzrok, jakby walczył sam ze sobą, aby zapytać o przyczynę tak gwałtownej reakcji, jednak się wstrzymał. Może to i dobrze, biorąc pod uwagę komentarz Eden. Przy tej kobiecie każde słowo liczyło się na wagę złota, jednak to nie ich ilość przesądzała o finałowej ocenie, a jakość. Czy też może przesłanie, jakie niosły, jak powiedzieliby co poniektórzy ludzie.
— Przemawiam do młodej damy, która wyraźnie lepiej się bawi teraz, niż dziesięć minut temu, kiedy siedziała tu sama, zabawiając lokalną populację pająków — wydukał powoli, łapiąc się na tym, że nieświadomie skorzystał z dosyć oficjalnego tonu głosu. Chrząknął cicho. — Tak właściwie, co takiego kontrowersyjnego powiedziałem? Chociaż nie, nie mów mi. To pewnie było coś nieprzyzwoitego. Na Merlina...
Na chwilę ukrył twarz w dłoniach, zupełnie nie zdając sobie sprawy z podtekstu swoich wcześniejszych słów. Spojrzał na Eden kątem oka, jak gdyby starał się wybadać jej reakcję i zorientować się, o ile za daleko się posunął, niż zamierzał. Po co w ogóle się odzywał, skoro każde zdanie sprawiało, że zapadał się głębiej w ruchomych piaskach? Z trudem powstrzymał westchnienie, gdy zdał sobie sprawę, że kopał własny grób. Cóż, teraz nie mógł się już wycofać.
— Szczerze mówiąc, preferowałbym zapach czarnej herbaty. Liściastej oczywiście, a nie jakiejś z torebek. W razie potrzeby mogę Ci zapisać moją ulubioną mieszankę, żebyś wiedziała, w jaką woń najlepiej uderzyć. Chociaż sama też źle nie pachniesz. — Ostatnie zdanie dodał po krótkiej pauzie, z lekkim przestrachem na twarzy, jak gdyby nie chciał przez przypadek urazić swej towarzyszki.
Skłonił przed nią ostrożnie głowę w geście szacunku. Przez myśl by mu nie przeszło, aby oskarżyć kogokolwiek z rodu Malfoyów za niehonorowych czy pozbawionych zasad. Jeśli już to właśnie wierność konkretnego zbiorowi idei oraz wartości sprawiła, że na przestrzeni wieków wybili się na szczyt społeczności czarodziejów. Mógł nie zgadzać się ze wszystkimi postulatami, ale nie dało się ukryć, że takie podejście zasługiwało na sporą dozę uznania.
— Myślałem jeszcze nad wersją z kochankiem-sędzią, który ze strachu, że ich romans wyjdzie na jaw, postanowił skazać ją na Azkaban. To byłoby chyba trochę zbyt makabryczne.— Zerknął na Eden, jak gdyby szukał na jej twarzy oznak aprobaty. Która wersja była bardziej zajmująca? Nepotyzm czy tchórzostwo amanta?
Zerknął jeszcze raz zdjęciu kobiety. Cóż, w wymyślonym przez niego scenariuszu, główna aktorka zdecydowanie poczuła nie lada satysfakcję, gdy wypędziła toksycznego partnera na tamten świat. Nie przyszło mu nawet do głowy, że mogli rozmawiać o tej kwestii na poważnie.
— Nie miałem jeszcze okazji pozbyć się żadnego męża — przyznał z rozbrajającą szczerością, zupełnie nie zwracając uwagi na lekką modyfikację oryginalnej myśli przez pannę Lestrange. Biorąc pod uwagę naturę ich drobnej gry, uznał jej słowa za drobny żart, więc przymknął oko na chwilową sprzeczność ich morałów. — Brennie się nie spieszy do zamążpójścia, więc pewnie jeszcze trochę się naczekam. Chociaż wolałbym, naturalnie, żeby trafiła na kogoś, kto nie sprawiałby jej podobnych problemów.
Zamrugał zdziwiony.
— Sądziłem, że każde z nas dostaje oddzielny zestaw... kandydatów i kandydatek? Wiesz, żeby jedno nie sugerowało się opinią drugiego, tylko prezentowało swoją własną perspektywę. — Spojrzał na nią z kwaśną miną. Nie bardzo rozumiał naturę pytania, które mu zadano, ale nie miał zamiaru jej niczego utrudniać, skoro kobieta ze zdjęcia przypadła jej do gustu.— Jeśli sobie tego życzysz, to możemy do niej wrócić. Przecież nie będę Ci żałował.
Zagryzł dolną wargę, starając się powstrzymać parsknięcie śmiechem. Wychwycił zawahanie w głosie Eden, jednak starał się nie dać tego po sobie poznać. Ba, nawet odwrócił na moment wzrok w bok, co by jej nie peszyć. Co by ludzie powiedzieli, gdyby tylko wiedzieli, że taka dama zna w ogóle takie słownictwo? Czyż nie powiesiliby osoby, która jej wpoiła takie pospolite frazy? Cóż by to był za skandal!
— Myślisz perspektywicznie. To dobrze. Im młodszy będzie, tym na dłużej starczy. Będzie dłużej chodził do pracy, dłużej na siebie zarabiał, a przy tym może odmaluje sufit parę razy w Twojej posiadłości na wsi, bo zapewne takowej się dorobisz w przyszłości. — Uśmiechnął się pod nosem. — Fabuła się zagęszcza, więc chyba nie mam wyboru, jak tylko grać dalej.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞