W odsłonie kobiecej, zgoła odmiennej od wysokiej tyczki w zaciągniętym swetrze, przemierzającej z narzuconym na ramiona kitlem korytarze ministerialne. Choć przecież urodą grzeszyła, robiła absolutnie wszystko, aby być nieprzystępnym akwenem; aby być tą marą zaklętą w ateński posąg, która niczym oblężona wieża wznosiła coraz wyższe mury. Przez długi czas była przekonana nieomal, że kochać nie potrafi; a potem zjawił się on, obecny w jej życiu od dawna, acz po raz pierwszy tak dotkliwy i bliski – do tej pory coś w niej subtelnie drżało, gdy diabeł na jej ramieniu podpowiadał, że wszystko idzie jedynie w kierunku spalenia i zdeptania ich przyjaźni.
Od pewnych rzeczy nie było odwrotu, a ona była tego boleśnie świadoma.
Prawdopodobnie dlatego w jej gestach na powrót zawitała niepewność – cecha, której Lycoris zdawała się nie mieć za grosz, teraz jednak wygrywająca pierwsze skrzypce w alkowie umysłu. Wciąż pozostawała sobą: skrajnie ironiczną, zblazowaną, znudzoną życiem i oschłą Black, o której po korytarzach ministerstwa krążyły legendy. Raz nawet na tablicy korkowej ktoś przyczepił jej zdjęcie z podpisem ministerialna miss oschłości – nie burzyło jej to w żadnej mierze; taka przecież była od początku do końca, a emocje, które zagościły w niej gwałtownie, nie mogły się wpasować w butną osobowość.
Nie potrafiła słodzić; nie potrafiła czarować; po prawdzie, była jedynie hazardzistką uzależnioną od laudanum, z jakiejś przyczyny czerpiącej satysfakcję z grzebania we flakach.
– Zmiana planów brzmi bardzo dwuznacznie, Theonie. Nie zapominajmy, że jestem damą – rzekła ze skrajną powagą, aby po chwili parsknąć śmiechem – oboje wiedzieli, że przykładną panną z dobrego domu nigdy nie była.
Miał przecież dwanaście lat, gdy Linda zaciągnęła go do łazienki i docisnęła swoje usta do jego – pamiętała namacalnie, jak zwierzał jej się z tego rozemocjonowany, a ona… nie czuła absurdalnie i stoicko nic. Nigdy nie uganiała się za chłopcami; nigdy nie pudrowała noska w łazience i nigdy nie zarzucała filuternie włosami – była dla większości kolegów obiektem aseksualnym, a jej się to dogłębnie podobało.
Uczucia traktowała jako niewygodne.
I nagle pojawił się on – ten, któremu doradzała w sprawie Lindy.
– W takim razie jakie są moje wady? Poza tym, że nie potrafisz odlepić ode mnie oczu odkąd mnie dzisiaj zobaczyłeś – zagaiła. Percepcyjnie wprawiona, z nieziemską łatwością dostrzegła wzrok ślizgający się po jej sylwetce – z dumą wówczas stwierdziła, iż jej plan na onieśmielenie Yaxley’a był trafiony w punkt.
Chwyciła kartę i zagłębiła się w jej treść, jednak ponad to wszystko, interesował ją on.
– Czytałam kiedyś – przypadkiem, ale wryło mi się w pamięć z wiadomych względów – że na randkach kobiecie wypada jeść wyłącznie sałatki. I tak się zastanawiam – będziesz mnie lubić nawet gdy perfidnie opierdolę przy tobie żeberka? – zapytała z ciekawością malującą się na twarzy. – A do kwestii tańca jeszcze wrócimy.
Gdy kelner przyszedł, nie zamknęła karty.
– Proszę o jeszcze chwilę – widzi pan, jesteśmy na randce i szukam najbardziej brudzącej potrawy na świecie – cisnęło się na język, wyjątkowo jednak powstrzymała swoje chore tendencje do upokarzania absolutnie wszystkich łącznie ze sobą i zasznurowała usta, wznosząc wzrok na Theona.