02.12.2023, 20:41 ✶
Być może nigdy nie powinna jej pozwolić za sobą pójść. Może powinna była wyczarować jakąś kulę u nogi, która przypnie Olivię do głazu, żeby ta nie mogła odejść ani na krok od bezpiecznego miejsca. A może Brenna właśnie zrobiła wszystko, co mogła? Przecież zaklęcia nie były trwałe, a Olivia po takim czasie na pewno zaczęłaby jej szukać na własną rękę. Czy dałaby sobie radę sama w tej ciemnicy? W plątaninie jaskiń, w których ciemność zamykała się nad głowami, by następnie wedrzeć się do umysłu i spróbować w nim mieszać? Czy wpadłaby na to, żeby zanurzyć się w sadzawce, wyczarować bąbel powietrza, zmienić buty w płetwy i popłynąć w przerażającą ciemność - samotnie? Wątpliwe.
Olivia była na granicy, cieniutkiej jak włos - balansowała na niej, walcząc o zachowanie przytomności, o kolejne ruchy rękami, o zachowanie zdrowego umysłu. Była już na granicy śmierci, i to nie te dwa lata temu, a dużo, dużo wcześniej. Gdy sama pchała się w łapy niebezpieczeństwa, gdy prowokowała sytuacje, w których ktoś przystawiał jej nóż do gardła, kopał po nerkach czy oblewał wrzątkiem jej ręce. Wtedy jednak chciała umrzeć. Ale teraz nie miała takiego zamiaru. Przed oczami mignęły jej twarze ojca, matki, Aveliny, Leona, Laurenta, Tristana, Brenny: wszystkich tych, którzy znaczyli dla niej tak dużo i wyciągnęli ją z tego piekła, świadomie lub mniej. Ostatkiem sił wciągnęła resztki powietrza z granicy między nosem a zatokami. Zaraz woda zaleje jej płuca, ale to była ostatnia rozpaczliwa próba, by płuca jeszcze mogły działać, by nie odpłynęła w nicość. Machnęła rękami i w tej samej chwili poczuła bolesne, mocne szarpnięcie za włosy. Ktoś wyciągał ją do góry, wyrzucił niemal w powietrze, przytulił i utrzymał jej głowę nad wodą. Z jej nosa poleciała woda, płuca zaprotestowały, a z jej gardła wydobył się bulgot, gdy słone strugi opuszczały jej ciało. Odruchowo złapała się za twarz. Musiała odzyskać chociaż jeden przydatny zmysł. Uszy były przepełnione krzykiem, najpewniej jej własnym, dotyk już nie działał bo było za zimno, nie czuła własnych dłoni. Nos bolał tak bardzo, że miała wrażenie, że zaraz eksploduje. Oczy piekły jakby ktoś posypał je ostrą papryczką. Pamiętała ten dzień, gdy chciała przyrządzić coś dla ojca, który lubił ostre potrawy. Potarła wtedy jak debil oko - cud, że go nie straciła.
Oddech miała urywany, gwałtowny i krótki, ale jej płuca na powrót wypełniał życiodajny tlen. Oczy szczypały, a obraz był rozmazany, ale zaczynała widzieć coraz więcej. Wystarczyło kilka sekund, żeby zdała sobie sprawę z tego, gdzie jest. I na kim leży. Brenna. Ta jedna z twarzy, które migotały jej przed oczami gdy była o włos od śmierci, dosłownie wyciągnęła ją z odmętów. Brenna czuła, jak Olivia łapie powietrze ustami, chociaż fale bezlitośnie smagały je obie. Quirke chwyciła ją za rękę i dała jej klepnięciem znać, że wszystko w porządku. Panicznie bała się powrotu do tej toni, ale nie miała innego wyjścia, bo morza i oceany działały przedziwnie - fale pchały rzeczy w kierunku brzegu, lecz prąd potrafił znieść je w kilka sekund i wypchnąć na otwarte wody. A tego by nie przeżyły. Dochodziły do tego skały, o które mogły się roztrzaskać, jeśli nie będą uważać, bo fale właśnie popychały je w ich kierunku.
Olivia była na granicy, cieniutkiej jak włos - balansowała na niej, walcząc o zachowanie przytomności, o kolejne ruchy rękami, o zachowanie zdrowego umysłu. Była już na granicy śmierci, i to nie te dwa lata temu, a dużo, dużo wcześniej. Gdy sama pchała się w łapy niebezpieczeństwa, gdy prowokowała sytuacje, w których ktoś przystawiał jej nóż do gardła, kopał po nerkach czy oblewał wrzątkiem jej ręce. Wtedy jednak chciała umrzeć. Ale teraz nie miała takiego zamiaru. Przed oczami mignęły jej twarze ojca, matki, Aveliny, Leona, Laurenta, Tristana, Brenny: wszystkich tych, którzy znaczyli dla niej tak dużo i wyciągnęli ją z tego piekła, świadomie lub mniej. Ostatkiem sił wciągnęła resztki powietrza z granicy między nosem a zatokami. Zaraz woda zaleje jej płuca, ale to była ostatnia rozpaczliwa próba, by płuca jeszcze mogły działać, by nie odpłynęła w nicość. Machnęła rękami i w tej samej chwili poczuła bolesne, mocne szarpnięcie za włosy. Ktoś wyciągał ją do góry, wyrzucił niemal w powietrze, przytulił i utrzymał jej głowę nad wodą. Z jej nosa poleciała woda, płuca zaprotestowały, a z jej gardła wydobył się bulgot, gdy słone strugi opuszczały jej ciało. Odruchowo złapała się za twarz. Musiała odzyskać chociaż jeden przydatny zmysł. Uszy były przepełnione krzykiem, najpewniej jej własnym, dotyk już nie działał bo było za zimno, nie czuła własnych dłoni. Nos bolał tak bardzo, że miała wrażenie, że zaraz eksploduje. Oczy piekły jakby ktoś posypał je ostrą papryczką. Pamiętała ten dzień, gdy chciała przyrządzić coś dla ojca, który lubił ostre potrawy. Potarła wtedy jak debil oko - cud, że go nie straciła.
Oddech miała urywany, gwałtowny i krótki, ale jej płuca na powrót wypełniał życiodajny tlen. Oczy szczypały, a obraz był rozmazany, ale zaczynała widzieć coraz więcej. Wystarczyło kilka sekund, żeby zdała sobie sprawę z tego, gdzie jest. I na kim leży. Brenna. Ta jedna z twarzy, które migotały jej przed oczami gdy była o włos od śmierci, dosłownie wyciągnęła ją z odmętów. Brenna czuła, jak Olivia łapie powietrze ustami, chociaż fale bezlitośnie smagały je obie. Quirke chwyciła ją za rękę i dała jej klepnięciem znać, że wszystko w porządku. Panicznie bała się powrotu do tej toni, ale nie miała innego wyjścia, bo morza i oceany działały przedziwnie - fale pchały rzeczy w kierunku brzegu, lecz prąd potrafił znieść je w kilka sekund i wypchnąć na otwarte wody. A tego by nie przeżyły. Dochodziły do tego skały, o które mogły się roztrzaskać, jeśli nie będą uważać, bo fale właśnie popychały je w ich kierunku.