17.12.2023, 20:51 ✶
19.05.1972
Beltane już minęło. Z każdym dniem, godziną, sekundą, ten koszmarny sabat coraz bardziej należał do przeszłości, ale… o nie, nie zacierał się w pamięci. Nie pozwalał o sobie zapomnieć. Przenikliwe zimno nie pozwalało o sobie zapomnieć, podobnie jak wiele innych rzeczy. Wspomnienia. Palące wręcz uczucie. Spojrzenia innych. Klątwa, podszepty, obecność…
O Beltane nie zapominała też machina Ministerstwa – i bardzo dobrze, nawet jeśli wydawała się być zbyt wolna. Zbyt wolna, bo większość maja już minęła, ale… też trzeba było brać poprawkę na to, iż najpierw należało opanować chaos. A ten, choć zdawał się uspokajać, mimo wszystko nie opuszczał kornie łba, o czym świadczyły chociażby wydarzenia w Dolinie.
Teraz jednak nie dostała wezwania z powodu tego, co się wyrabiało aktualnie przy Kniei, ale właśnie cholernego sabatu. Cóż, zostawało tylko zająć miejsce w gabinecie i zacząć snuć swoją opowieść… bez wspominania o samym Voldemorcie, bo przecież „Czarny Pan” w życiu by jej nie przeszło przez gardło, a i nie żywiła wobec niego ani grama szacunku.
- Krzyk i światła. Tak to się zaczęło. Krzyk, światła wokół ogni i ogólna panika. Jakoś w tym wszystkim udało się dołączyć do aurorów, Patricka Stewarda i Victorii Lestrange... – nie spieszyła się z relacjonowaniem; czasem musiała urwać, zastanowić się, przywołać wspomnienia. Czy to na pewno było tak? Czy to pamięć już płatała figle? Czy to były jej wspomnienia czy też może wybijały się na wierzch i te, które należały do wujka…? Starała się niczego nie pominąć – nie licząc tego, czego nie mogła przeskoczyć, czyli samego Dzbana. Odhaczała punkt po punkcie, bez większych emocji; gdyby właśnie wygłaszała jakiś wykład, to słuchacze zapewne by pousypiali w swoich ławkach. Opisała próby zgaszenia nie tylko świateł, ale i samych ogni – nie pominęła faktu, że palenisko po ugaszeniu i tak na nowo rozgorzało ogniem. Wspomniała, iż już wtedy zauważyła obecność kamienia – tego samego kamienia, który niewątpliwie został skradziony Shafiqom. I bardzo, bardzo chciała dorzucić, że typ jebie na kilometr takim smrodem, jakby nie mył się co najmniej od miesiąca – ale klątwa dzielnie pilnowała, żeby nie śmiała nic powiedzieć przeciwko temu skurwysynowi.
Poświęciła chwilę Victorii – tak, zawiesiła się, tak, chciała nagle, tak po prostu, wejść w ogień, nie, nie miała najmniejszego pojęcia, dlaczego tylko ona tak zareagowała. Znaczy… Bones może i świtało w głowie, że przecież z rana odprawili rytuał, ale czy to na pewno było to? W każdym razie, przemilczała ten szczegół, przeszła po prostu do relacjonowania, jak próbowali ją wyswobodzić spod nieznanego uroku. Jak niemalże prosto w ręce wpadli im śmierciożercy, którzy spieprzali przed żywiołakiem, rozsiewającym kamienie. Niemalże, bo przecież musieli wybierać – doprowadzić ich aresztowanie do końca (że też zaklęcia nie trzymają dłużej) czy próbować opanować sytuację i dalej wygaszać światła, które wydawały się mieć tu jakieś znaczenie.
I jeszcze trzecia opcja: ognisko było portalem. Cokolwiek działo się na sabacie, najważniejsza tego część miała miejsce tam i nie mogli tego zignorować. Musieli wybrać i wybrali – spełniając swój obowiązek poprzez podjęcie próby pokrzyżowania śmieciom ich plany. Co zaś do tego, co działo się w samym Limbo…
… tu przerwa w relacji była nieco dłuższa, zwłaszcza że zdecydowała się na zwilżenie gardła kawą. Ostatecznie napomknęła tylko o martwej-niemartwej kobiecie, szlaku z martwej trawy i żeby o szczegóły pytali Lestrange oraz Stewarda. Nie, mimo najszczerszych chęci nie jest w stanie zrelacjonować tych wydarzeń (inna sprawa, że część w zasadzie mogła – tyle że tak naprawdę nie chciała, uznając to za zbyt prywatne, żeby chcieć się tym dzielić w ścianach Ministerstwa i dodatkowo z Harper. Ojcu, być może, byłaby skłonna to i owo przebąknąć, zwłaszcza że przecież Derwin był jego szwagrem, ale… nie, jednak nie, mogła lubić Moody, ale jednak nie na tyle, by dawać jej wgląd do takich rzeczy). Aha, tak, racja, jeszcze Bulstrode się pojawił, praktycznie na sam koniec, ale weźcie nie negujcie jego „zasług”, niech spija śmietankę i niech jej pismacy dadzą święty spokój…
Na pytanie odnośnie Heather stwierdziła, że się nie wypowiada na ten temat, bo najzwyczajniej w świecie nie widziała, co robiła podczas zamieszania. Ani gdzie dokładnie była. Ale Derwin… Nie zdecydowała się wspomnieć o tym, co wyciągnęła ze wspomnienia, jakie ją dopadło. Ba, nie zająknęła się nawet ani słowem, że w ogóle doświadcza czegoś takiego. Ostatecznie stwierdziła, że również i jego wtedy nie widziała i najlepiej, jakby pytali Brennę Longbottom – bo to ona głównie badała tę sprawę; stąd też woli się nie wypowiadać w obawie o to, iż coś przekręci. No i pewnie jego partner też powinien coś wiedzieć.
Spotkanie to nie było jednak jedynie „spowiedzią” i wyciąganiem szczegółów z pamięci. O nie, miała też pytania. Pierwsze: czy jacyś aurorzy bądź pracownicy BUM nie pojawili się w ogóle po wydarzeniach Beltane w pracy, kiedy to w całe sprzątanie po wydarzeniach sabatu zaangażowany był niemal każdy, w ten czy inny sposób? Nie licząc, rzecz jasna, tych, którzy w oczywisty sposób nie byli zdolni do pełnienia służby. A że Mavelle kojarzyła słowa kuzynki o pogubionych różdżkach... Może to ślepy strzał, bo te naprawdę mogły należeć do dosłownie kogokolwiek, ale… spytała i o to. Czy zwrócono może uwagę na różdżki pracowników. Czy ktoś przypadkiem nagle, właśnie po Beltane, nie zaczął chodzić z nowym kijkiem?
Okazało się, że jak na razie nikt tego nie sprawdził.
Stąd Bones uprzejmie podsunęła sugestię, że może jednak warto się tym zainteresować i przyjrzeć kijkom aurorów oraz członków Brygady – na wszelki wypadek. Wszak lepiej dmuchać na zimne, prawda?
Po zakończonej rozmowie odnośnie Beltane nie została na dodatkowe pogaduszki – praca sama się przecież nie zrobi – toteż odmeldowała się i wróciła do swoich zajęć.