03.12.2023, 01:43 ✶
Wychodząc z cyrku, Flynn wciąż nie miał pojęcia, czy spotkanie z Cainem było rzeczywistością, czy jakimś niepojętym snem. Tylko ta cholerna książka, bo list wyrzucił, pomagała mu w chwilach, kiedy nie mógł sobie jasno zdać sprawy z tego, w jakiej sytuacji się właściwie znalazł. Nie pamiętał do końca wszystkich aspektów ich rozmowy, nie zdążył zagarnąć do umysłu wszystkich drobno rozsianych detali, sam już więc nie pojmował ogromu tego, co mu przekazał w niezwykle jak na niego obszernym potokiem słów. Wszystko przyćmiło porządnie - do tego stopnia, że z dziesięć minut nie mógł pojąć, w jaki właściwie sposób się rozstali - jak to w ogóle możliwe nie móc przypomnieć sobie tak prostego faktu, że Cain po prostu przerwał to wszystko i postanowił odejść? Ale pamiętał inne rzeczy. Uśmiech, ciepło. Pamiętał walenie jego serca, pamiętał ciężar jego ciała na swojej klatce piersiowej, dłonie dotykające go w delikatny sposób, kiedy na twarzy Bletchleya malowało się poczucie beznadziejności.
To było coś innego. Ci, co go znali z tego drugiego życia, kojarzyli go raczej jako człowieka uważnego - takiego, co nawet jak się nie odezwie, to zapamięta, a później jeszcze cię precyzyjnie skrytykuje, bo zdąży wyłapać jakieś szczegóły tu i ówdzie, policzy coś na kolanie, a później rzuci irytująco trafnym spostrzeżeniem, typu, że temperatura mgławicy, na którą skierowana była uwaga towarzyszy, musiała być sporo niższa, niż zakładali w swoim dokumencie, chociaż się na tym niby kompletnie nie znał (bo skąd dzieciak z ulicy, bez szkoły i bez perspektyw miałby to wiedzieć), a w ogóle o niuansach tychże prac niewielu ludzi wiedziało, bo nikt oprócz podstarzałych profesorów i szaleńców planujących dziwactwa się w nie nie zagłębiało. Nigdy mu o tym nie powiedział. Teraz też nieszczególnie chciał mu o tym mówić. Wydawało mu się zresztą, że jego tok myślenia był na tyle przewidywalny, aby nie zrobiło to szczególnej różnicy. Najpierw o nim myślał, jak mu powiedziały inne szczury o podejrzeniu go o bycie wtyką policji, że się do niego przystawia, bo tak jest najłatwiej zdobyć informacje od naiwnych. Pierwsza lampka zapala się człowiekowi w głowie, kiedy ten potencjalny pracownik Ministerstwa rozkłada przed tobą nogi. Druga, kiedy się okazuje, z jakich korzysta umiejętności - mógł cię owinąć wokół palca już dawno, a tego nie zrobił - nie mogłeś przypuszczać, że jest jakimś szarlatanem, co ci jakąś sztuką hipnotyczną przyćmił mózg, bo Fontaine o to przecież dbała. I wtedy zapala ci się ta trzeba lampka - kiedy ten ktoś zaczyna kończyć twoje wypowiedzi, zaczyna wiedzieć, co ci kupić do jedzenia, kiedy będziecie spędzać razem wieczór, kiedy siedzicie w tym samym pomieszczeniu i nic do siebie nie mówicie, ale i tak czujesz się spokojnie. Jak miał już wszystkie trzy, to do niego dotarło, że mu na nim zwyczajnie zależy. To było tak proste - wszyscy o tym wiedzieli, tak? Tak?
Znali ten ciąg zdarzeń, tak jak on znał ten budynek, na który patrzył właśnie od strony ulicy, dopalając papierosa, którego następnie dogasił, dociskając butem do rozgrzanego chodnika. Znali go tak jak znał tę okolicę, zapach tej alei, szarość zabrudzonych, nieodmalowanych od jego wizyt sprzed lat ścian kamienicy, w której mieszkał Cain. Było to dla nich tak samo oczywiste jak to, że Crow naciśnie klamkę i wejdzie do środka od razu, a później machnie ręką, magicznie zamykając je za sobą i przekręcając górny zamek.
Nieznane były kartony. Oczywiście uderzył w pierwszy z nich czubkiem ciężkiego buta, na co zareagował krótkim, wymruczanym wręcz „kurwa, przepraszam”, zapewne nieszczerym, bo kiedy oświetlał sobie ręką drogę przez labirynt, wyglądał na lekko zirytowanego. Mógł o to zapytać, ale nie chciał. O porządek też nie chciał pytać, bo w gruncie rzeczy nigdy o tym nie mówił, nie zadawał zbędnych pytań - sam nie posiadał nic, nie miał więc szczególnie szerokiego porównania, ale pewnie żyłby tak samo, dając przedmiotom uwarstwiać się dokładnie w tym miejscu, w którym je porzucił. Z założenia optymalnym. Lekko zirytowanego, bo to wszystko rozmyło się dokładnie w chwili, kiedy wykształtowane przez niego światło zniknęło, a on był już na tyle blisko, żeby to wszystko przestało mieć znaczenie. Ściągnął te buciska, kopnął je gdzieś w bok pomieszczenia i ruszył w kierunku Bletchleya z delikatnym, niewymuszonym uśmiechem.
- Mówisz o mieszkaniu, czy o czymś innym? - Pewnie by stanął tuż obok, też się przez to okno wychylając, ale Cain odwrócił się w jego kierunku, więc przylgnął do niego w taki sposób - od przodu, ujmując jego biodra dłońmi. Znów tak komicznie pewny siebie, jakby spoglądał na niego z góry, a nie z dołu, jakby wcale nie musiał lekko zadrzeć głowy do góry, żeby go pocałować. - Cześć.
Wyglądał na bardziej ułożonego niż tydzień temu. Nie na tyle, żeby mu zarzucić wystrojenie się, bo ubrał się dokładnie tak samo jak zawsze. Nawet łańcuch przy spodniach miał łudząco podobny do tego, który nosił lata temu. Tym, co się zdecydowanie różniło od ich ostatniego spotkania - przed przyjściem tutaj wziął prysznic, tylko skutecznie zabił jego efekt wypalając w drodze o wiele więcej niż powinien.
- Cieszę się, że mnie kochasz - nawiązywał do piosenki, której tekst rozbrzmiewał w tle tych wydarzeń - bo przyniosłem ci coś jeszcze. Nie udało mi się wcześniej, bo to było naprawdę ciężkie do zdobycia. - Cięższe niż drogie jak diabli (no nie dla wszystkich - Severine załatwiła mu je w jeden dzień) lusterka dwukierunkowe? Otóż tak, bo jedyną osobą będącą w posiadaniu egzemplarza była jego młodsza siostra, a wyrwanie jej czegokolwiek graniczyło z cudem. Nie odrywając od niego spojrzenia, wyciągnął z kieszeni małe pudełeczko i umieścił je w jego dłoni. Jeżeli pochylił się w dół, mógł dojrzeć, że była to talia kart. Napis na zniszczonym opakowaniu sugerował, że była to jakaś limitowana edycja dodatków do Czarownicy.
To było coś innego. Ci, co go znali z tego drugiego życia, kojarzyli go raczej jako człowieka uważnego - takiego, co nawet jak się nie odezwie, to zapamięta, a później jeszcze cię precyzyjnie skrytykuje, bo zdąży wyłapać jakieś szczegóły tu i ówdzie, policzy coś na kolanie, a później rzuci irytująco trafnym spostrzeżeniem, typu, że temperatura mgławicy, na którą skierowana była uwaga towarzyszy, musiała być sporo niższa, niż zakładali w swoim dokumencie, chociaż się na tym niby kompletnie nie znał (bo skąd dzieciak z ulicy, bez szkoły i bez perspektyw miałby to wiedzieć), a w ogóle o niuansach tychże prac niewielu ludzi wiedziało, bo nikt oprócz podstarzałych profesorów i szaleńców planujących dziwactwa się w nie nie zagłębiało. Nigdy mu o tym nie powiedział. Teraz też nieszczególnie chciał mu o tym mówić. Wydawało mu się zresztą, że jego tok myślenia był na tyle przewidywalny, aby nie zrobiło to szczególnej różnicy. Najpierw o nim myślał, jak mu powiedziały inne szczury o podejrzeniu go o bycie wtyką policji, że się do niego przystawia, bo tak jest najłatwiej zdobyć informacje od naiwnych. Pierwsza lampka zapala się człowiekowi w głowie, kiedy ten potencjalny pracownik Ministerstwa rozkłada przed tobą nogi. Druga, kiedy się okazuje, z jakich korzysta umiejętności - mógł cię owinąć wokół palca już dawno, a tego nie zrobił - nie mogłeś przypuszczać, że jest jakimś szarlatanem, co ci jakąś sztuką hipnotyczną przyćmił mózg, bo Fontaine o to przecież dbała. I wtedy zapala ci się ta trzeba lampka - kiedy ten ktoś zaczyna kończyć twoje wypowiedzi, zaczyna wiedzieć, co ci kupić do jedzenia, kiedy będziecie spędzać razem wieczór, kiedy siedzicie w tym samym pomieszczeniu i nic do siebie nie mówicie, ale i tak czujesz się spokojnie. Jak miał już wszystkie trzy, to do niego dotarło, że mu na nim zwyczajnie zależy. To było tak proste - wszyscy o tym wiedzieli, tak? Tak?
Znali ten ciąg zdarzeń, tak jak on znał ten budynek, na który patrzył właśnie od strony ulicy, dopalając papierosa, którego następnie dogasił, dociskając butem do rozgrzanego chodnika. Znali go tak jak znał tę okolicę, zapach tej alei, szarość zabrudzonych, nieodmalowanych od jego wizyt sprzed lat ścian kamienicy, w której mieszkał Cain. Było to dla nich tak samo oczywiste jak to, że Crow naciśnie klamkę i wejdzie do środka od razu, a później machnie ręką, magicznie zamykając je za sobą i przekręcając górny zamek.
Nieznane były kartony. Oczywiście uderzył w pierwszy z nich czubkiem ciężkiego buta, na co zareagował krótkim, wymruczanym wręcz „kurwa, przepraszam”, zapewne nieszczerym, bo kiedy oświetlał sobie ręką drogę przez labirynt, wyglądał na lekko zirytowanego. Mógł o to zapytać, ale nie chciał. O porządek też nie chciał pytać, bo w gruncie rzeczy nigdy o tym nie mówił, nie zadawał zbędnych pytań - sam nie posiadał nic, nie miał więc szczególnie szerokiego porównania, ale pewnie żyłby tak samo, dając przedmiotom uwarstwiać się dokładnie w tym miejscu, w którym je porzucił. Z założenia optymalnym. Lekko zirytowanego, bo to wszystko rozmyło się dokładnie w chwili, kiedy wykształtowane przez niego światło zniknęło, a on był już na tyle blisko, żeby to wszystko przestało mieć znaczenie. Ściągnął te buciska, kopnął je gdzieś w bok pomieszczenia i ruszył w kierunku Bletchleya z delikatnym, niewymuszonym uśmiechem.
- Mówisz o mieszkaniu, czy o czymś innym? - Pewnie by stanął tuż obok, też się przez to okno wychylając, ale Cain odwrócił się w jego kierunku, więc przylgnął do niego w taki sposób - od przodu, ujmując jego biodra dłońmi. Znów tak komicznie pewny siebie, jakby spoglądał na niego z góry, a nie z dołu, jakby wcale nie musiał lekko zadrzeć głowy do góry, żeby go pocałować. - Cześć.
Wyglądał na bardziej ułożonego niż tydzień temu. Nie na tyle, żeby mu zarzucić wystrojenie się, bo ubrał się dokładnie tak samo jak zawsze. Nawet łańcuch przy spodniach miał łudząco podobny do tego, który nosił lata temu. Tym, co się zdecydowanie różniło od ich ostatniego spotkania - przed przyjściem tutaj wziął prysznic, tylko skutecznie zabił jego efekt wypalając w drodze o wiele więcej niż powinien.
- Cieszę się, że mnie kochasz - nawiązywał do piosenki, której tekst rozbrzmiewał w tle tych wydarzeń - bo przyniosłem ci coś jeszcze. Nie udało mi się wcześniej, bo to było naprawdę ciężkie do zdobycia. - Cięższe niż drogie jak diabli (no nie dla wszystkich - Severine załatwiła mu je w jeden dzień) lusterka dwukierunkowe? Otóż tak, bo jedyną osobą będącą w posiadaniu egzemplarza była jego młodsza siostra, a wyrwanie jej czegokolwiek graniczyło z cudem. Nie odrywając od niego spojrzenia, wyciągnął z kieszeni małe pudełeczko i umieścił je w jego dłoni. Jeżeli pochylił się w dół, mógł dojrzeć, że była to talia kart. Napis na zniszczonym opakowaniu sugerował, że była to jakaś limitowana edycja dodatków do Czarownicy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.