Byli sobie dziwnie, nietypowo tożsami; orbitujący jak te sputniki, niepewne swojej trajektorii podążania – znali się od mnogości lat, które przekuły się w dekady, mknąc nieubłaganie w rytm ich przyspieszonego bicia serc. Nie była kobietą kochliwą; można wręcz rzec, że wzniesienia emocjonalne były jej zupełnie obce. Choć przekroczyła trzydziestą wiosnę, jej romanse można było policzyć niespiesznie na palcach dłoni; zakochania zaś nie było na kanwie jej życiorysu – nigdy nie poczuwała się do emocji tak wzniosłych – uważała je za słabość i teraz, zupełnie ironicznie, czerpiąc z cynizmu losu, znalazła się w sytuacji zakrawającą o uczucia wyższe; nigdy nie spodziewała się, że to Theon zdejmie z jej warg obietnicę tego kwietniowego, chłodnego popołudnia, gdy syrena zechciała ją wciągnąć w swoje arkana.
Lepił się do niej wzrokiem i widziała to na całej rozciągłości jego osoby; schlebiało jej to niejako, jednak jeszcze milej lokowała się w umyśle myśl, że nawet w starych, powyciąganych swetrach, kitlu i niedbałym koku była dla niego atrakcyjna. Samą siebie uważała za zaprzeczenie seksualności; nie była tą zalotną rusałką, oddychającą marzeniami i szybującą gdzieś ponad masywem chmur – ba, ministerialna miss oschłości uchodziła za nieprzystępną, otoczoną fosą fortecę, której mury rosły wprost proporcjonalnie do zainteresowania jej osobą.
A teraz przecież opuściła gardę, pozwalając sobie poczuć emocje, które były jej dotychczasowo obce.
– Nie przyzwyczajaj się – odparła, przekrzywiając nieznacznie głowę. – Jednak czy to znaczy, że ci się podobam? – wypluła te słowa z zawahaniem czającym się na dnie głosek. – No już, chcę to usłyszeć – ponagliła, a parszywy uśmiech rozciągnął jej wargi – przecież uśmiechała się rzadko, a na jej obliczu na próżno było szukać czegokolwiek więcej niż zblazowanego do reszty znudzenia.
Przy nim czuła się swobodna; niezaklęta w te wszystkie konwenanse, których unikała, będąc wybitnie obraźliwą wobec etykiety i zachowania powszechnie uważanego za właściwe i ułożone.
Przywiązała się do niego absolutnie i dobitnie i choć nie przyznałaby tego swojemu odbiciu lustrzanemu – nie wyobrażała sobie życia bez niego. Pieprzyć Lindę i jej pocałunek – osiągnęła coś zgoła większego i bardziej owocnego w swej krasie: zainteresował się nią. Mógł odkrywać meandry jej osobowości, bo o dziwo, poza posiadaniem aroganckiej, butnej natury, leniwego znużenia i nieprzystępności, zawierała w sobie całą gamę zgoła innych cech.
Ale jemu nie musiała o tym mówić; on wiedział.
– Za kogo mnie masz? – oburzyła się. – Oczywiście, że bez sztuciec – sprecyzowała.
– Chyba nie nawykliśmy do takich miejsc, bo ja najchętniej napiłabym się najtańszej whisky, a nie francuskiego wina. Ale musimy zachować fason, Theonie, weźmy zatem to wino – rzekła po lichym namyśle.
Przylgnęła do niego wzrokiem, opierając podbródek na dłoni – to wszystko było tak surrealistyczne i dziwne; tak nietypowe i niezorientowane. Nie pomyślałaby, że on, jej przyjaciel, zadrży jej sercem niepokornie. Zatonęła na moment w myślach, powracając nimi do ich pierwszego pocałunku – był niewinny i krystalicznie czysty, niepewny i jednocześnie będąc czymś właściwym.
– O czym myślisz? Chciałabym być teraz w twojej głowie – zapytała.