Mów mi więcej, pomyślał z lubością. Może jak tak dalej pójdzie, to faktycznie przekona się do tego, aby w pełni wybaczyć dziewczynie. Wprawdzie nie ciskał w nią w wolnych chwilach zaklęciami oraz nożami, jednak pozostawał nieco urażony tym, jak został potraktowany. Nawet wszelkie plusy związane z ostatecznym wynikiem licytacji oraz pieniędzmi zgromadzonymi dla schroniska, oraz biednych dzieci nie zrekompensowały mu na tą chwilę tego drobnego naruszenia zaufania. Chociaż, jak jeszcze trochę posłucha o jej planach względem lepszego traktowania jego osoby, to może odpuści. Pomyśli o tym.
— Ty i twoja wybujała wyobraźnia. To czasami nawet urocze. — Uśmiechnął się kwaśno i poklepał Brennę po czubku głowy, starając się nie zrujnować jej fryzury, nad którą zapewne spędziła cały ranek. — Chociaż w tym przypadku mało realne. Czyż nasza rodzina nie sprzyja łamaniu konwenansów społecznych rodzin czystej krwi? Ślub młodszej córki w rodzie raczej nie wywoła wielkiej katastrofy.
Przygryzł dolną wargę. Korciło go, aby skłamać, że już wysłał parę listów w tej sprawie, ale koniec końców nie wypowiedział tych słów na głos. Wiele by dał, aby być świadkiem sceny, w której odczytuje listę potencjalnych kandydatów i błogosławieństwo rodziców, a także dziadka na piśmie. Zemsta byłaby nad wyraz słodka. Erik nie mścił się jednak z byle powodu, więc na samą myśl o tym zaczynało mu się robić przykro. Jak miałby oddać siostrę pierwszemu lepszemu czarownikowi? Eh, ta to miała dopiero farta. Chociaż jedna osoba w tej rodzinie pomyślała dwa razy, zanim zdecydowała się na kupczenie czyimś ciałem.
— Dobra uwaga. Brenna lubi wybrzydzać. Jestem prawie pewny, że wykreśliłaby moich pierwszych dziesięciu kandydatów dla niej i to bez mrugnięcia okiem — skomentował pod nosem, wykonując wskazane przez Castiela polecenia.
Cóż, jeśli ta drobna wymiana zdań na temat wiedzy specjalistycznej pochlebiała młodemu łamaczowi klątw, tak dosyć znacząco zmartwiła samego Longbottoma. Z początku kiwał uprzejmie głową, przyswajając nowe informacje, jednak jego mimika uległa gwałtownej zmianie, gdy dowiedział się, że ta mała magiczna kuleczka była w stanie wykryć jeszcze jedną klątwę oprócz kuchennej. Wzrok detektywa od razu stał się czujny, jak gdyby ktoś podrzucił mu sprawę z której po prostu nie potrafił zrezygnować.
— I takie zaklęcie działa ot tak? To legalne w ogóle? — spytał z powątpiewaniem w głosie.
Nie spodziewał się, że wyniki badań sondy okażą się tak... dokładne. Bądź co bądź, Rejestr Wilkołaków funkcjonował z jakiegoś powodu, więc wieść o tym, że te same informacje można było sobie dosłownie wyczarować przy pomocy jednego zaklęcia była nieco... niepokojąca. Nie, żeby jego futerkowy problem był jakąś wielką tajemnicą w towarzystwie, bo media zadbały o to, by długo takim nie pozostał, ale mimo wszystko! Starał się rozluźnić mięśnie twarzy, podejrzewając, że jego reakcja mogła zostać odebrana za nieco agresywną. W sumie powinien był się z tym liczyć, skoro już sprowadzili do domu łamacza klątw. Koniec końców wilkołactwo było uznawane za klątwę.
— Kurwa! — podniósł nagle głos, gdy rozżarzone węgle wystrzeliła z piecyka prosto na jego spodnie. Odskoczył jednak parę węgielków i fragmentów niedopalonego drewna i tak osmaliło mu nieco dolną połowę odzienia. Spojrzał z niezadowoleniem na piec. — Dobra. Teraz już można zacząć się martwić.
Właśnie tego się obawiał, chociaż w jego wyobrażeniach podobna scena miała miejsce nie w zaciszu rodzinnej posiadłości, a w kafeterii w Ministerstwie Magii. Z dwojga złego już chyba wolał ten scenariusz, w którym tkwił obecnie, przynajmniej oszczędził sobie wstydu przed współpracownikami i całą masą wysoko postawionych polityków brytyjskiego świata czarodziejów. Machnął ręką i na prośbę Castiela wymaszerował z pomieszczenia.
— Rozumiem, że najlepiej będzie kupić nowy dom? Widziałem taką jedną posiadłość pod Londynem... Wprawdzie trzeba będzie ją nieco wyremontować, ale jak wpakujemy w nią trochę kasy, to może nawet nam to wyjdzie na dobre — rozgadał się, kierując swoje słowa w dużej mierze do Brenny. Dopóki incydenty były co najwyżej irytujące, był w stanie żyć w takich warunkach, ale skoro własny piec nosił się z zamiarem spalenia go żywcem, to musiał przemyśleć pewne życiowe wybory. Najwyraźniej również i takie, które dotyczyły całego rodu.
Przerwał, dopiero gdy Castiel wtrącił się do jego wywodu, chcąc dodać swoje trzy grosze. Jak każdy kulturalny i dobrze wychowany człowiek Erik zamilkł, pozwalając mu się wypowiedzieć. Uśmiechnął się krzywo, gdy wyszło na to, że w całą sprawę kuchni wmieszana jest jeszcze jego lykantropia. Jeszcze ciebie tam brakowało, ty kudłata niemoto, pomyślał, kierując te słowa do swojego alter ego, które budziło się do życia praktycznie tylko w trakcie pełni. Oczywiście, a może na szczęście, postanowiło i tym razem zachować ciszę.
— Chyba sobie nie zdajesz sprawy, ile osób tu obecnie pomieszkuje — skomentował, poniekąd wzruszony tym, jak naiwny był Flint w tym jednym względzie. — Ale dobrze, niech będzie.
Ruszył bez udzielenia większych wyjaśnień w stronę schodów prowadzących na piętro. Wsunął ręce do kieszeni spodni, nie przejmując się zbytnio tym, czy ktokolwiek za nim podąży, czy też Brenna stwierdzi, że ich piwnica będzie lepszym miejscem na przedstawienie takich badań. Ja to się z tobą mam, pomyślał, wyklinając w myślach wilkołaka. Z drugiej strony martwiła go też kwestia zepsutej klątwy. Czyli mieli do czynienia z dwoma aspektami tego problemu.
— Zapraszam — mruknął, wchodząc do swojego pokoju i machając parę razy różdżką, żeby wnętrze samo doprowadziło się do względnego porządku. Wprawdzie posprzątał po sobie rano, jednak nie było tu idealnie czysto. Usiadł na skraju pościelonego łóżka, wodząc wzrokiem od Castiela do Brenny. Ewidentnie biło od niego zdegustowanie obecnym obrotem spraw.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞