17.11.2022, 22:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2022, 23:00 przez Brenna Longbottom.)
Reakcja Brenny na przedstawienie potencjalnych kandydatów małżeńskich mogłaby być różna.
Od "Dobrze, ale ślub za pięć lat, teraz nie mam czasu" przez "to ja emigruję to Australii" aż po "dzień dobry, to mój mąż, przypadkowy mężczyzna, którego spotkałam dziś na Pokątnej, oświadczyłam się mu, olśniłam wyciągiem z mojej skrytki bankowej i od razu poszliśmy od urzędu, żeby wam oszczędzić formalności ze ślubem".
Wszystko zależałoby od tego, jak mocno tego dnia wstąpiłby w nią diabeł.
Na szczęście nie znała myśli Erika, nie komentowała więc już ani wypowiedzi Flinta, ani swojego brata, tkwiła więc tylko grzecznie przy drzwiach aż do momentu, gdy piecyk oszalał. Oczywiście, Castiel miał rację: Brenna nieomal natychmiast zmaterializowała się w kuchni. Nie teleportowała się, choć mogłoby się tak zdawać. Bo w jednej chwili stała w progu, w drugiej była w środku rzucając zaklęcie w piecyk, a w trzeciej już kucała, podejrzliwie oglądając buty i spodnie Erika oraz Flinta, chcąc się upewnić, że nie staną w płomieniach i nie grożą podpaleniem żadnego z mężczyzn. Była tym tak zaabsorbowana, że wypowiadane przez nich ponad jej głową słowa uleciały jej uszu. Dopiero, kiedy oboje ruszyli do drzwi, zdała sobie sprawę z tego, że oto pora na ewakuację z kuchni.
- Popsuta klątwa? To znaczy, że ktoś ją schrzanił... i działa jeszcze gorzej? - spytała podejrzliwie już w korytarzu, odruchowo zbliżając się do brata i łapiąc go za rękaw, jakby chciała się upewnić, że tu był, nie umierał i żadna popsuta magia nie objawiała się w inny sposób niż próbując wysadzić klątwę. - Nie będziemy się wyprowadzać pod żaden Londyn - warknęła. Wiedziała niby, że Longbottom prawdopodobnie żartowała. A jednak, ten jeden, jedyny raz, wcale nie udzieliła się jej ta wesołość. Nie przyłączyła się, rzucając coś wesołego.
Brenna złościła się bardzo, bardzo rzadko. Lecz teraz gniew na moment wziął nad nią górę, sprawił, że oczy pociemniały, głos nabrał nieprzyjemnego brzmienia. Nawet nie czuła satysfakcji z tego, że się nie myliła. I ani trochę nie kusiło jej, żeby powiedzieć "a nie mówiłam?"
- Nikt nas nie wykurzy z rodzinnego domu. Znajdę tego, kto rzucił tę klątwę i rozerwę na strzępy - syknęła, bo niby była BUMerką i powinna ładnie tę osobę aresztować (i może nawet to zrobi, jak już się ogarnie), ale ktoś. zepsuł. jej. brata. I kuchnię! Przez tego kogoś tydzień temu spłonęło ciasto Dory! A dwa tygodnie temu przypaliła makaron! Lubiła makaron!
Odetchnęła, opanowując złość.
- Nie zwracajcie uwagi, troszeczkę mnie poniosło. Erik, rodziców nie ma, dziadka też, Mav również, więc powinno być w miarę spokojnie... - powiedziała, ruszając za nimi na piętro. - Cas, czy myślisz, że klątwę rzucono bezpośrednio na niego, czy może na naszą kuchnię? Mam listę osób, które bywały tam, zanim to się zaczęło... to znaczy, po usunięciu z niej tych, którym ufamy w stu procentach.
Bo gdyby chcieć umieszczać na niej każdego, to lista sięgnęłaby pewnie ze stu nazwisk. Ale jak już wywaliła z niej tych zaufanych, zostawało ich z dziesięć.
Od "Dobrze, ale ślub za pięć lat, teraz nie mam czasu" przez "to ja emigruję to Australii" aż po "dzień dobry, to mój mąż, przypadkowy mężczyzna, którego spotkałam dziś na Pokątnej, oświadczyłam się mu, olśniłam wyciągiem z mojej skrytki bankowej i od razu poszliśmy od urzędu, żeby wam oszczędzić formalności ze ślubem".
Wszystko zależałoby od tego, jak mocno tego dnia wstąpiłby w nią diabeł.
Na szczęście nie znała myśli Erika, nie komentowała więc już ani wypowiedzi Flinta, ani swojego brata, tkwiła więc tylko grzecznie przy drzwiach aż do momentu, gdy piecyk oszalał. Oczywiście, Castiel miał rację: Brenna nieomal natychmiast zmaterializowała się w kuchni. Nie teleportowała się, choć mogłoby się tak zdawać. Bo w jednej chwili stała w progu, w drugiej była w środku rzucając zaklęcie w piecyk, a w trzeciej już kucała, podejrzliwie oglądając buty i spodnie Erika oraz Flinta, chcąc się upewnić, że nie staną w płomieniach i nie grożą podpaleniem żadnego z mężczyzn. Była tym tak zaabsorbowana, że wypowiadane przez nich ponad jej głową słowa uleciały jej uszu. Dopiero, kiedy oboje ruszyli do drzwi, zdała sobie sprawę z tego, że oto pora na ewakuację z kuchni.
- Popsuta klątwa? To znaczy, że ktoś ją schrzanił... i działa jeszcze gorzej? - spytała podejrzliwie już w korytarzu, odruchowo zbliżając się do brata i łapiąc go za rękaw, jakby chciała się upewnić, że tu był, nie umierał i żadna popsuta magia nie objawiała się w inny sposób niż próbując wysadzić klątwę. - Nie będziemy się wyprowadzać pod żaden Londyn - warknęła. Wiedziała niby, że Longbottom prawdopodobnie żartowała. A jednak, ten jeden, jedyny raz, wcale nie udzieliła się jej ta wesołość. Nie przyłączyła się, rzucając coś wesołego.
Brenna złościła się bardzo, bardzo rzadko. Lecz teraz gniew na moment wziął nad nią górę, sprawił, że oczy pociemniały, głos nabrał nieprzyjemnego brzmienia. Nawet nie czuła satysfakcji z tego, że się nie myliła. I ani trochę nie kusiło jej, żeby powiedzieć "a nie mówiłam?"
- Nikt nas nie wykurzy z rodzinnego domu. Znajdę tego, kto rzucił tę klątwę i rozerwę na strzępy - syknęła, bo niby była BUMerką i powinna ładnie tę osobę aresztować (i może nawet to zrobi, jak już się ogarnie), ale ktoś. zepsuł. jej. brata. I kuchnię! Przez tego kogoś tydzień temu spłonęło ciasto Dory! A dwa tygodnie temu przypaliła makaron! Lubiła makaron!
Odetchnęła, opanowując złość.
- Nie zwracajcie uwagi, troszeczkę mnie poniosło. Erik, rodziców nie ma, dziadka też, Mav również, więc powinno być w miarę spokojnie... - powiedziała, ruszając za nimi na piętro. - Cas, czy myślisz, że klątwę rzucono bezpośrednio na niego, czy może na naszą kuchnię? Mam listę osób, które bywały tam, zanim to się zaczęło... to znaczy, po usunięciu z niej tych, którym ufamy w stu procentach.
Bo gdyby chcieć umieszczać na niej każdego, to lista sięgnęłaby pewnie ze stu nazwisk. Ale jak już wywaliła z niej tych zaufanych, zostawało ich z dziesięć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.