Prawdę mówiąc to Stanley się obawiał. Obawiał się, że nic z tego nie będzie. Obawiał się, że zaskoczenie Sauriela takim pomysłem to nie było nic dobrego i wynikną z tego samego problemy. W końcu przez jakiś czas wszystko na to wskazywało - ciężko było im dojść do jakiegoś wspólnego języka, obrać jedną stronę, zacząć współdziałać. Wiadome było, że grupa musi się dociąć, sprawdzić, ocenić. Na całe szczęście część odpadła w przedbiegach - było to dobre ale również złe.
Wstępne deklaracje od pozostałych osób były pozytywne, chcieli współpracować. Osiągnąć coś wspólnymi siłami. Potrzebowali tylko jednego... wspólnego wroga, który by ich bardziej zjednoczył. Niby był ten cały Elddir... ale komu on zalazł za skórę? Lorraine? Bo jeżeli tylko jej to średni był z niego wspólny wróg - ale od czegoś trzeba było zacząć.
- Żadnej grupy wsparcia nie będziemy robić. Jesteśmy dorosłymi ludźmi. Każdy wie gdzie nas szukać w razie czego - odparł na słowa Leo. Oczywiście mówił o Głębinie, wszak Francis zdążył te ich parszywe czy tam słodkie buźki pozapamiętywać i wiedział kogo ma wpuszczać na zaplecze, a kogo nie - Cieszą mnie Twoje słowa Maeve. Pragnę tylko przypomnieć, że skoro mnie tam przyjęli to przyjmą każdego. A same kompetencje szeregowego bumelanta są raczej nikłe, jeżeli nie znikome - stwierdził na słowa Changówny, tudzież swojej "siostry" - Strach jest dobrym początkiem - skwitował, pociągając solidnego łyka.
Niestety, a może stety, w kwestii Elddira polegali w pełni na Lorraine - to ona musiała zdobyć informacje, uśmiechnąć się tutaj, puścić oczko tam. Dopiero wtedy w ruch mogło iść ocieplanie relacji w wykonaniu Sauriela przy wsparciu jego dzielnego giermka Stanleya. Maeve też była bardzo ważna w tym wszystkim - mogła być kim chciała, kiedy chciała... pod warunkiem, że nie zachciało jej się akurat kichać. Czy Leo był przydatny? Według definicji zawodu jaki wykonywał - jak najbardziej. Jak było naprawdę? Tego nie wiedział - nie miał pojęcia czego się może po nim spodziewać... ale jakoś tak spokojniej było na duchu kiedy miało się myśl, że "jakiś" "medyk" może ich poskładać. A no i jeszcze Murtagh ze swoimi kurwiszonami, które mogły również zdobywać informacje - gorzej od Malfoyówny ale zawsze mogły coś usłyszeć.
- To jest chyba najlepszy pomysł Lorr - zgodził się z nią - Damy Ci trochę czasu, zbierzesz najważniejsze informacje i przedstawisz nam skrócony raport składający się tylko z najistotniejszych rzeczy - kiwnął do niej porozumiewawczo głową - Gdyby tylko ktoś Ci przeszkodził w zdobywaniu informacji, daj nam znać... W sensie mi albo Saurielowi. Zajmiemy się jegomościem... no chyba, że preferujesz bardziej humanitarne rozwiązania... to polecam Maeve - uśmiechnął się pod nosem kiedy przypomniał sobie o tej tajemniczej psince, którą otrzymał od ich Mulciberowej azjatki. Chociaż... czy zatrucie kogoś psinką, należało do humanitarnych rzeczy? Raczej nie - Ale to wszystko przecież wiesz, czyż nie? - klasnął w dłonie, odwracając się do Francisa i gestem dłoni poprosił go o wyjęcie flaszki.
- Ale starczy tej roboty na dzisiaj - skwitował - Nie zebraliśmy się tutaj tylko po to, aby rozmawiać o pracy ale też świętować otwarcie tego pięknego przybytku. Sauriel, z łaski swojej, weź gitarę i zagraj nam tu jakieś Morskie Opowieści czy inne takie pieśni - dodał, stawiając swoją pustą szklankę na ladzie gdzie Francis już oczekiwał z butelką zimnej rudej - A reszta niech się bawi i świętuje. Na następnym spotkaniu będzie też pianino, więc będzie jeszcze lepiej - przyznał, łapiąc szklankę oraz papieroska. Usiadł i oparł się o blat. Borgin w końcu mógł odpocząć.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972