04.12.2023, 22:15 ✶
– Ufam więc, że nie pozwolisz mnie zeżreć. Mam poważne plany na najbliższe dni, czeka na mnie nowy komiks, psy będą płakać, i ktoś musi pilnować, by Erik nie spróbował ugotować obiadu, nie mogę dać się zjeść jakimś tam tentakulom – stwierdziła Brenna, oglądając się na Norę i obdarzając ją uśmiechem. Panna Figg zwykle nie działała w terenie, bo jej talentem było warzenie eliksirów, nie walka – ale do tego zadania potrzebowali kogoś z wiedzą na temat roślin oraz umiejętnościami zielarskimi. A pod tym względem można było zaufać Norze.
– Hm… no dobrze. Więc „oddal się w możliwie szybkim tempie” – sprostowała, jej wzrok zaś zaczął wędrować między drzewami. Były na samych obrzeżach lasu, gdzie nie powinny natknąć się na nic niebezpiecznego… strzeżonego jednak Merlin strzeże – zwłaszcza, że wybierały się na polanę leżącą już w głębi puszczy.
Miękki mech uginał się pod ciężkimi butami Brenny, dobranymi tak, by dobrze chroniły kostkę, i miały grubą podeszwę, idealną do biegania, poruszania po trudnym terenie czy wymierzenia komuś kopniaka. Wędrowały przez las dobrą godzinę bez większych przeszkód – poza podstępnymi korzeniami czy obalonymi drzewami, nad którym trzeba było przejść. Nora była w stanie dostrzec ślady świadczące o tym, że jakiś obszar powinny ominąć, by nie wejść na teren pająków czy innych niebezpiecznych stworzeń, a Brenna raz czy dwa zamieniła się w wilka, aby powęszyć, kiedy coś wzbudziło jej wątpliwości. Owady brzęczały za uszami, gałązki krzewów czepiały się ubrań, gdzieś w oddali nawoływały ptaki.
– To chyba tutaj – stwierdziła Brenna, gdy stanęły na skraju polany, usianej wielkimi kamieniami. Ruszyła powoli pomiędzy nimi aż w końcu pośród nich znalazły porośnięte bluszczem wejście do jaskini. Longbottom machnęła różdżką i ta zapłonęła zaklęciem lumos. – Gotowa? – zapytała, oglądając się na Figg, nim ostrożnie ruszyła w dół – stromym przejściem, wiodącym w ciemność jaskiń, w których miały podobno płonąć ogniste krzewy.
Schodziły wąskim korytarzem, w którym jedynym źródłem światła było zaklęcie lumos, wypełniające tunel cieniami. Początkowo Brenna musiała wręcz lekko się pochylać, i obie bez problemu mogły dotknąć ścian jaskini i z jednej, i z drugiej strony, nie wyciągając nawet specjalnie rąk. Po paru minutach marszu tunel zaczął się jednak rozszerzać, ich uszu dobiegł dźwięk czegoś, co brzmiało jak... wodospad?
A potem...
Stało się to, co stać się musiało.
Nora Figg była pechowcem. Wpadała we wszystkie pułapki. Brenna Longbottom zaś miała niesamowite szczęście do lądowania w każdym dole, który przypadkiem trafił się w pobliżu. Może ktoś chciał zachować nasiona dla siebie, może była to jeszcze jakaś starsza magia, ale któraś z nich wykonała zapewne nieostrożny krok i znienacka ziemia osunęła się im spod nóg. Kamień, który zdawał się chwilę temu solidny pod stopami, nagle zamienił się w powierzchnie wiodącą pod kątem mniej więcej trzydziestu stopni w dół - i obie poleciały...
...w dół.
Rzut na to, co się stanie
– Hm… no dobrze. Więc „oddal się w możliwie szybkim tempie” – sprostowała, jej wzrok zaś zaczął wędrować między drzewami. Były na samych obrzeżach lasu, gdzie nie powinny natknąć się na nic niebezpiecznego… strzeżonego jednak Merlin strzeże – zwłaszcza, że wybierały się na polanę leżącą już w głębi puszczy.
Miękki mech uginał się pod ciężkimi butami Brenny, dobranymi tak, by dobrze chroniły kostkę, i miały grubą podeszwę, idealną do biegania, poruszania po trudnym terenie czy wymierzenia komuś kopniaka. Wędrowały przez las dobrą godzinę bez większych przeszkód – poza podstępnymi korzeniami czy obalonymi drzewami, nad którym trzeba było przejść. Nora była w stanie dostrzec ślady świadczące o tym, że jakiś obszar powinny ominąć, by nie wejść na teren pająków czy innych niebezpiecznych stworzeń, a Brenna raz czy dwa zamieniła się w wilka, aby powęszyć, kiedy coś wzbudziło jej wątpliwości. Owady brzęczały za uszami, gałązki krzewów czepiały się ubrań, gdzieś w oddali nawoływały ptaki.
– To chyba tutaj – stwierdziła Brenna, gdy stanęły na skraju polany, usianej wielkimi kamieniami. Ruszyła powoli pomiędzy nimi aż w końcu pośród nich znalazły porośnięte bluszczem wejście do jaskini. Longbottom machnęła różdżką i ta zapłonęła zaklęciem lumos. – Gotowa? – zapytała, oglądając się na Figg, nim ostrożnie ruszyła w dół – stromym przejściem, wiodącym w ciemność jaskiń, w których miały podobno płonąć ogniste krzewy.
Schodziły wąskim korytarzem, w którym jedynym źródłem światła było zaklęcie lumos, wypełniające tunel cieniami. Początkowo Brenna musiała wręcz lekko się pochylać, i obie bez problemu mogły dotknąć ścian jaskini i z jednej, i z drugiej strony, nie wyciągając nawet specjalnie rąk. Po paru minutach marszu tunel zaczął się jednak rozszerzać, ich uszu dobiegł dźwięk czegoś, co brzmiało jak... wodospad?
A potem...
Stało się to, co stać się musiało.
Nora Figg była pechowcem. Wpadała we wszystkie pułapki. Brenna Longbottom zaś miała niesamowite szczęście do lądowania w każdym dole, który przypadkiem trafił się w pobliżu. Może ktoś chciał zachować nasiona dla siebie, może była to jeszcze jakaś starsza magia, ale któraś z nich wykonała zapewne nieostrożny krok i znienacka ziemia osunęła się im spod nóg. Kamień, który zdawał się chwilę temu solidny pod stopami, nagle zamienił się w powierzchnie wiodącą pod kątem mniej więcej trzydziestu stopni w dół - i obie poleciały...
...w dół.
Rzut na to, co się stanie
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.