Uspokój się! Jak on nienawidził kiedy ludzie mu to mówili. Uspokój się! Dlaczego niby miał być spokojny, dlaczego miało mu na tym zależeć...? Może on po prostu chciał być tą furią, może chciał to z siebie wydobyć raz na zawsze - zgnieść coś i poczuć tę chorą satysfakcję, kiedy to wszystko opuszcza cię we właśnie taki, a nie inny sposób. Z każdym kolejnym nieudanym ciosem jego gniew narastał, a on przestawał „nie móc się opanować” - on po prostu stracił kontrolę nad tym co myślał. Był nietrzeźwy. Nie od alkoholu, tylko od emocji. I tak, jeżeli dożyje jutra, to będzie tego bardzo, ale to bardzo żałował. Tylko żeby nastało jutro, trzeba było przetrwać dzisiejszy dzień.
Nie będzie szmata rzucała w niego żadnych zaklęć. Strzelił go w to łapsko.
Nic takiego nie miało miejsca?!
Oczywiście, że miało. Zdradzenie go przed rodziną nie było czymś, czego sobie życzył. Ile to już było? Cztery lata bycia cichutkim, cztery lata trzepotania rzęsami do Alexandra w celu uniknięcia niezręcznych pytań, cztery lata udawania, cztery lata duszenia sobie całej tej koszmarnej prawdy o własnej przeszłości, żeby jeden debil nie mógł utrzymać języka za zębami. Jeszcze gdyby to był ktoś, kto go zwyczajnie nie lubił - okej, zawsze wiedział, że ta sielanka nie będzie trwała wiecznie i kiedyś Bellowie wyrzucą go z cyrku, ale to był Laurent. Zrobił dla tej dziwki o wiele więcej niż musiał, a on tak mu się odpłacał?
W dupie miał to, czy udało mu się stworzyć te korzenie, czy nie, włożył cały ten gniew i energię w to, żeby kopnąć go z całej siły w brzuch, albo cokolwiek czym zechciał ten brzuch zasłonić. Pierwszy raz od naprawdę dawna chciał zobaczyć cudze cierpienie.
Ale nie cierpienie Elaine.
- Leż na ziemi albo wejdź do wozu. Jak cię ugryzie, to nigdy sobie tego nie wybaczy - zakomunikował, chociaż nie miał pojęcia czy do Prewetta w takim stanie coś dotrze. Znalazł się więc pomiędzy nimi, przyjmując pozycję obronną. Zamierzał złapać Sionnach i utrzymać jej pysk, zanim którykolwiek z Bellów nie zareaguje, chociaż krzyk skierował do konkretnej osoby.
- Fieeeeeeeeeeeeeery!
Nie będzie szmata rzucała w niego żadnych zaklęć. Strzelił go w to łapsko.
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Nic takiego nie miało miejsca?!
Oczywiście, że miało. Zdradzenie go przed rodziną nie było czymś, czego sobie życzył. Ile to już było? Cztery lata bycia cichutkim, cztery lata trzepotania rzęsami do Alexandra w celu uniknięcia niezręcznych pytań, cztery lata udawania, cztery lata duszenia sobie całej tej koszmarnej prawdy o własnej przeszłości, żeby jeden debil nie mógł utrzymać języka za zębami. Jeszcze gdyby to był ktoś, kto go zwyczajnie nie lubił - okej, zawsze wiedział, że ta sielanka nie będzie trwała wiecznie i kiedyś Bellowie wyrzucą go z cyrku, ale to był Laurent. Zrobił dla tej dziwki o wiele więcej niż musiał, a on tak mu się odpłacał?
W dupie miał to, czy udało mu się stworzyć te korzenie, czy nie, włożył cały ten gniew i energię w to, żeby kopnąć go z całej siły w brzuch, albo cokolwiek czym zechciał ten brzuch zasłonić. Pierwszy raz od naprawdę dawna chciał zobaczyć cudze cierpienie.
Rzut PO 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Ale nie cierpienie Elaine.
- Leż na ziemi albo wejdź do wozu. Jak cię ugryzie, to nigdy sobie tego nie wybaczy - zakomunikował, chociaż nie miał pojęcia czy do Prewetta w takim stanie coś dotrze. Znalazł się więc pomiędzy nimi, przyjmując pozycję obronną. Zamierzał złapać Sionnach i utrzymać jej pysk, zanim którykolwiek z Bellów nie zareaguje, chociaż krzyk skierował do konkretnej osoby.
- Fieeeeeeeeeeeeeery!
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.