Nie potrafił opisać uczucia, którego go ogarnęło, kiedy się znajdowali blisko w tak delikatnej, romantycznej atmosferze. Napięcie, ale znów w górze, jakby miłość była jednak bardziej oddechem niżeli ruchem bioder. Przechylił głowę w tył i spojrzał na niego błyszczącymi spod powiek oczyma. Jego usta zastygły w półuśmiechu, lekko rozchylone. Oddychał głęboko, jego klatka piersiowa wznosiła się i opadała, aż wreszcie pozostała tak na moment - napięta, w górze, jakby się musiał wezbrać w sobie, żeby coś powiedzieć, ale wcale nie musiał zbierać w sobie odwagi, ani niczego innego, bo odpowiedzi na te zaczepki nie wymagały nawet dłuższego namysłu.
- Ktoś czuje się dzisiaj odważny. - To, że go chciał dzisiaj mieć jak za dawnych czasów, było dla niego bardziej niż oczywiste. Nie narzekał wcale na ich zabawę w lesie sprzed tygodnia, bo lubił eksperymentować, ale nie miał zamiaru się oszukiwać - o wiele lepiej bawiłby się przy zamianie ról - o tym właśnie fantazjował, przychodząc tutaj niezaproszonym i zostawiając mu łatwy kontakt.
Pociągnął go za boki do przodu, przysuwając do siebie i zrobił jeszcze jeden krok w tył. I drugi. I w bok. Zakołysał się z nim w rytm piosenki, którą Cain sam im wybrał, nie zmywając tego wesołego wyrazu twarzy. Podobało mu się, jak go zajmowała ta chwila - ten przepiękny, zakochany i cudowny człowiek - gorący dreszcz mu przechodził nerwy od tego spojrzenia, a jednak wciąż czuł, że panuje nad sobą i nad nim. Bo tak samo jak potrafił narzucić kołysanie się razem do melodii, tak samo i potrafił uczynić z wieloma innymi aspektami wspólnego spędzania razem czasu.
- Pukać? - Mówił cicho, ale nie na tyle, żeby jego słowa nie przebiły się ponad muzykę. - To jest takie lekkie słowo, Cain. Ja nie pukam kiedy jestem zaproszony, ani nie nazwałbym pukaniem tego co z tobą zrobię, jak ściągnę z ciebie te spodnie. - Była nawet jakaś część niego, która już teraz wyobrażała sobie, jak głowa Bletchleya zjeżdża w dół pod naporem jego dłoni, bo to była tak słodka wizja widzieć go coraz niżej i niżej, gotowego na zapomnienie o wszystkim w imię chwili jego przyjemności, ale na uniesienia było jeszcze za wcześnie. Nie nakręcił go na siebie na tyle, żeby móc z nim zrobić co zechciał, a jemu się bardzo podobało, kiedy ktoś tak już pękał, że go błagał o cokolwiek. Stał tak po prostu, z palcami prawej ręki lekko zaciśniętymi na jego ciele i wpatrywał się w to, jak zareagował na tak głupiutką niespodziankę.
- A jednak nie zastałem cię tutaj ubranego w samą wstążkę. Bałeś się, że przyjdę z siostrą? - Trochę z niego zadrwił, ale klimat sytuacji nie sprzyjał temu, żeby ton jego głosu przybrał choćby minimalnie dramatyczną barwę. - Wybrałbym patrzenie jak się chichrasz pijany nawet gdyby alternatywą do tego nie była śmierć. - Czy koniecznie w dużych ilościach? Nie. Ale nie przeszkadzało mu to wcale, w gruncie rzeczy mógłby się czymś innym z nim odurzyć gdyby tego chciał, bo Flynn był jednym z tych ludzi, co się nie bali, że odchodzili w ciemność, jakby mu ktoś tam otworzył drzwi. Nie bał się tego niewiadomego, co czekało za kurtyną, nawet jeżeli to była tylko nicość, pustka, otchłań... był tam przynajmniej spokój, co go tak często szukali, choć zwiewali od innych rzeczy - jeden od głowy, drugi od serca.
- Ktoś czuje się dzisiaj odważny. - To, że go chciał dzisiaj mieć jak za dawnych czasów, było dla niego bardziej niż oczywiste. Nie narzekał wcale na ich zabawę w lesie sprzed tygodnia, bo lubił eksperymentować, ale nie miał zamiaru się oszukiwać - o wiele lepiej bawiłby się przy zamianie ról - o tym właśnie fantazjował, przychodząc tutaj niezaproszonym i zostawiając mu łatwy kontakt.
Pociągnął go za boki do przodu, przysuwając do siebie i zrobił jeszcze jeden krok w tył. I drugi. I w bok. Zakołysał się z nim w rytm piosenki, którą Cain sam im wybrał, nie zmywając tego wesołego wyrazu twarzy. Podobało mu się, jak go zajmowała ta chwila - ten przepiękny, zakochany i cudowny człowiek - gorący dreszcz mu przechodził nerwy od tego spojrzenia, a jednak wciąż czuł, że panuje nad sobą i nad nim. Bo tak samo jak potrafił narzucić kołysanie się razem do melodii, tak samo i potrafił uczynić z wieloma innymi aspektami wspólnego spędzania razem czasu.
- Pukać? - Mówił cicho, ale nie na tyle, żeby jego słowa nie przebiły się ponad muzykę. - To jest takie lekkie słowo, Cain. Ja nie pukam kiedy jestem zaproszony, ani nie nazwałbym pukaniem tego co z tobą zrobię, jak ściągnę z ciebie te spodnie. - Była nawet jakaś część niego, która już teraz wyobrażała sobie, jak głowa Bletchleya zjeżdża w dół pod naporem jego dłoni, bo to była tak słodka wizja widzieć go coraz niżej i niżej, gotowego na zapomnienie o wszystkim w imię chwili jego przyjemności, ale na uniesienia było jeszcze za wcześnie. Nie nakręcił go na siebie na tyle, żeby móc z nim zrobić co zechciał, a jemu się bardzo podobało, kiedy ktoś tak już pękał, że go błagał o cokolwiek. Stał tak po prostu, z palcami prawej ręki lekko zaciśniętymi na jego ciele i wpatrywał się w to, jak zareagował na tak głupiutką niespodziankę.
- A jednak nie zastałem cię tutaj ubranego w samą wstążkę. Bałeś się, że przyjdę z siostrą? - Trochę z niego zadrwił, ale klimat sytuacji nie sprzyjał temu, żeby ton jego głosu przybrał choćby minimalnie dramatyczną barwę. - Wybrałbym patrzenie jak się chichrasz pijany nawet gdyby alternatywą do tego nie była śmierć. - Czy koniecznie w dużych ilościach? Nie. Ale nie przeszkadzało mu to wcale, w gruncie rzeczy mógłby się czymś innym z nim odurzyć gdyby tego chciał, bo Flynn był jednym z tych ludzi, co się nie bali, że odchodzili w ciemność, jakby mu ktoś tam otworzył drzwi. Nie bał się tego niewiadomego, co czekało za kurtyną, nawet jeżeli to była tylko nicość, pustka, otchłań... był tam przynajmniej spokój, co go tak często szukali, choć zwiewali od innych rzeczy - jeden od głowy, drugi od serca.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.