Loretta miała piękny śmiech. Niezależnie od tego, że jego kataliza akurat w tym momencie nie bardzo mu odpowiadała, to nie mógł nie docenić jego tembru i głośności, przywołującego mu na myśl perły rozsypujące się po marmurowej posadzce. Wiele kobiet śmiało się szczekliwie lub piskliwie i Murtagh tego nie lubił. Zdecydowanie bardziej wolał kiedy jęczały, albo szeptały mu na ucho z uwielbieniem. Jej śmiech jednak był przyjemny dla uszu, więc i on mimowolnie się uśmiechnął. Sam nie widział nic bardziej zabawnego w swoim pytaniu, niż te, które ona zadawała jemu.
Kiedy Loretta wstała i sięgnęła do pasa podtrzymującego pończochy, nie odwrócił wzroku nawet na sekundę, choć świadomy był tego, że tak wypadałoby zrobić. Nie tylko dlatego, że ona była niezamężną dziewczyną a on (również nieżonatym) starszym od niej mężczyzną. To akurat nie były normy społeczne, których przestrzegał będąc sam na sam z kobietami w swoim mieszkaniu. Bardziej przeszkadzał mu fakt, że Loretta dosłownie chwilę temu potwierdziła, że owszem, wciąż spotyka się z jego najlepszym przyjacielem, a jeśli czegoś Murtagh nienawidził, to zdrady zaufania. Tego jednak wieczora był zbyt głodny kontaktu, zbyt głodny jej, żeby myśl o Alexie odciągnęła jego wzrok od jej kształtów. Przecież tylko patrzył. Wolno było mu patrzeć. Tylko. Patrzeć.
Mimowolnie zaschło mu w ustach, więc podniósł do nich butelkę whiskey i pociągnął z niej znów solidnie. Jednocześnie uniósł lekko brew, słysząc jej tłumaczenia. Czy uwierzył jej, że zrobiła to tylko po to, żeby podkręcić ich grę? Przypuszczał raczej, że faktycznie nie miała ochoty odpowiadać na to pytanie. Kiedy usiadła z powrotem, nieco bliżej niż poprzednio, niemal czuł promieniujące od jej nagiej skóry ciepło.
- Jeśli chciałaś usłyszeć więcej, trzeba było wykorzystać na to swoje pytanie. - odpowiedział, dając sobie cenne sekundy na przemyślenie odpowiedzi na to, które faktycznie zadała. Czy to był moment kiedy się podda, skapituluje i zdejmie skarpety, krawat, albo koszulę? W końcu nikt nie mówił w jakiej kolejności mieli zdejmować garderobę. W zasadzie, nie wstydził się swoich preferencji, ale tu nie chodziło o wstyd. Raczej o to, że chciał aby Loretta poznawała je po kolei, odkrywając stopniowo ich głębię i to jak bardzo były pokurwione, zamiast wyrwać je z niego jednym prostym pytankiem.
Wciąż patrząc na nią, zaczął po jednym guziku rozpinać koszulę aż w końcu odsłonił gołą klatkę piersiową - jej środek i górna część pokryte były bardzo delikatną siatką włosów. Loretta mogła też dostrzec nieco ciemniejszą linię włosów, zaczynającą się nieco ponad pępkiem i kierującą się aż do paska, gdzie znikała pod linią spodni. Następnie rozpiął mankiety rękawów, aby w końcu zdjąć koszulę całkiem, dwoma sprawnymi ruchami. Rzucił ją nieco niedbale na bok, tam gdzie wcześniej wylądowała jej pończocha.
- Nie chcę ci o tym opowiadać... Wolałbym ci to pokazać. - skomentował, z dłuższą pauzą pomiędzy pierwszym zdaniem a drugim. To ostatnie, ta deklaracja była dużo bardziej otwartym rozłożeniem pomiędzy nimi kart niż kiedykolwiek wcześniej do tej pory. Praktycznie przyznawał się do tego, że jej pożądał i czekał, jakie karty wyłoży ona w odpowiedzi. Tymczasem mógł skorzystać z chwilowego rozproszenia, jakim było zadanie własnego pytania.
- Dlaczego wciąż wracasz do Alexa? - pytał, bo naprawdę go to ciekawiło. Bo chciał zobaczyć emocjonalną stronę Lestrange'ówny, nie tylko jej wyuzdaną i bezpruderyjną wersję. Pytał też dlatego, że gdyby raz i na zawsze go rzuciła to wtedy... Wtedy... Coś co chował bardzo głęboko w sobie, do czego się nie przyznawał nawet w snach w obawie przed wieszczym darem przyjaciela, mogłoby mieć szansę, żeby się zmaterializować i stać się realnym marzeniem, celem czy planem a nie tylko rzeczą z innego uniwersum.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London