Mimo tego, że wędrował wzrokiem za wspinaczką białej kotki, mimo tego jak widział, że sięga do balonika to i tak nie był gotowy na ten huk. Miał ciągle ten odruch, żeby podejść do kota, ściągnąć go, ale zamiast tego siedział na miejscu, bo jak było wspomniane - wtrącanie się w wychowanie stworzeń magicznych to jak wtrącanie się w wychowywanie dzieci. Nie znał osoby, której by to przypadło do gustu. Podskoczył na miejscu lekko od krótkiego hałasu, a biały pocisk gładko wylądował na ziemi i przerażony skierował się do Nory. Zaraz jednak jego uwaga została odwrócona przez jeden z głównych czynników zamieszania - albo raczej czynnik jeden, bardzo konkretny, który zawsze koło zamieszania był. Brenna, bo o niej mowa, postanowiła uczynić to święto jeszcze wspanialszym.
- Niedługo nie będę miał ich gdzie wieszać, Brenno. - Uśmiechnął się czule do kobiety, z wdzięcznością, przyjmując wianek, by zbadać kwiaty, z jakich został wykonany. Rzeczywiście - co to za Litha bez wianka? Być może taka, w której niebezpieczeństwo utraty życia sięgało wysokiego pułapu. Człowiek się jednak nie spodziewa dostać prezentu, kiedy idzie do kogoś na urodziny. Na taki pomysł mogła wpaść chyba tylko ona. Podziwiał ją. Tak samo jak podziwiał Norę. Miały w sobie siłę, która wykuwała ten świat podług ich woli. Kształtowały tą małą rzeczywistość wokół nich i rozpierzchała się swoim impetem na kolejnych ludzi. Przecież zrobienie tylu wianków nie trwało chwili. To nie była godzina czy dwie. Jego było ledwo stać na ułożenie bukietu po tych ekscesach na statku. - Dziękuję. - Zgiął karteczkę z wróżbą, która dawała do myślenia - a przynajmniej jemu. W pobieżnym rozumieniu chyba chciała przekazać, że w dążeniu do celu, w procesie samodoskonalenia się, najważniejsze jest skupiać się na pozytywach, nie negatywach i tym, czego nie umiesz, czego nie możesz i czego nie dokonasz.
Nie od razu zorientował się, że Patrick mówił do niego. Kiedy złapał jego spojrzenie drgnął, spojrzał w bok, ale nie, ewidentnie nikogo obok niego nie było, żeby to mogło być skierowane jednak... jednak w inną stronę. Dopiero po chwili załapał, że przecież to dokładnie ten sam auror, który razem z Brenną i Victorią przybył na miejsce tragedii związanej z widmami. Patrick... Steward. O ile pamięć go nie myliła.
- Zapewniam, że ani jedno, ani drugie. - Uśmiechnął się w jego kierunku. - Raczej gotowa jest mnie zawracać z ciernistych ścieżek. - A te bywały przeróżne. Spojrzał na Brennę i Erika, potem znów na Patricka. Zastanawiał się, czy jakieś opowieści potoczyły się między nimi po tym statku i stąd takie a nie inne słowa mężczyzny w jego kierunku. - Skąd to niespodziewane, ale miłe, zagajenie? - Bo coś sugerowało, a przynajmniej ciężka głowa Laurenta tak to odebrała.