Och, oczywiście! Rodzice byli świetnym wzorem do naśladowania! Dzieci podążały za nimi instynktownie. Małpowały ich, ucząc się życia. Tak i Laurent małpował swojego ojca. Wynikiem tego był brak wstydu i całkowita pewność siebie, kiedy w całkiem otwartej łazience obnażał się przed wścibską Martą. Tyle osób z niej drwiło, żartowało, ale takie już uroki dzieci. Zawsze znajdą sobie ofiarę. Laurent był daleki od tego, by z niej szydzić. Daleki, żeby ją obrażać. Ale czasem, czasami, zdarzało się tak, że człowiek się przejęzyczy. Tak, nawet człowiek czystej krwi, chociaż każdy ciągle powtarzał, że czysta krew jest idealna. Piękna, wspaniała, mądra, długowieczna. Laurent słyszał to tyle razy, że to chyba musiała być prawda. Jeśli jednak w jego krwi płynęła też krew syren to co to stanowiło o nim?
Wracając - rodzice byli wzorem. Wzorcem. Tworzyli linie, w których potem musiałeś stawiać literki, żeby nauczyć się równo pisać. Litery musiały być równej wielkości, nie można było jednej pisać tak, drugiej owak. Przynajmniej jego tak uczono. Edward Prewett i Aydaya byli tragicznym wzorem. Żona opłacająca kochanki męża sprowadzane do domu, żeby tylko zamknęły buzię i nie rozpowiadały wszem i wobec, że trafiły do pańskiego łoża. Edward, który sobie zrobił dziecko na boku, przypadkiem, a potem przygarnął je pod skrzydła. Laurent więc czerpał garściami z tego wzoru lekkiego podejścia do związków pomieszanego z arogancją i przeświadczeniem o własnej doskonałości i wielkości.
Oczywiście, że nieznajomy nie przyszedł popatrzeć docelowo tylko się umyć. Ewidentnie przyszedł się umyć. Ale z drugiej strony skradał się jak co najmniej złodziej złapany na czymś złym. I w dodatku rumienił się, jakby był zawstydzony. Czym? Nie widział wcześniej własnego ciała? Albo po prostu zazdrościł. Pewnie tak. Taka myśl podbudowywała Laurenta, a nie go peszyła. I kiedy znowu się ośmielał, kiedy czekał na... chyba na przedstawienie się? Od drugiej strony, choć początek zdania sugerował, że chyba miało to na celu poprawienia imienia Marty, w którym blondyn zorientował się, gdy tylko je wypowiedział. Myślał, że nie usłyszała. Że już poszła, zniknęła. Zawsze się strasznie zawstydzała, kiedy przychodziło do bezpośredniej konfrontacji z chłopcami. Był jednak jeden element, który zwalczał u niej tą wstydliwość. I był to moment, kiedy słyszała jakieś przezwiska i wpadała w szał. Dokładnie ten moment.
Laurent automatycznie nieco przykucnął, znów dociskając do siebie koszulę i mając jedną myśl: tylko nie woda! Ale ona nie poleciała. Jeszcze nie. Kochał wodę, tak, mógłby spędzać w niej chyba całe dni, ale kiedy miał przy sobie ubranie i różne pierdoły to przemoczenie się nie było już tak mile widziane. Szczególnie w łazience razem z Martą.
- N-nie! Marto, ja się tylko przejęzyczyłem! - Zawołał zaraz za nią z lekkim przestrachem, ale razem z tym przyszła odrobina irytacji. No bo jak to - on się przejęzyczył? I jeszcze teraz zająknął - przy kimś? To się nie godziło. Nie powinien. Miał być następcą swojego ojca, a będzie się tu kajał przed duchem? Laurent się wyprostował. - Marto, przestań! Przecież lubisz, jak do ciebie przychodzę! - Albo raczej ona do niego. Przecież nie pierwszy raz wiedział, że podglądała.
Marta zatrzymała się. Gdyby mogła to pewnie właśnie zaczęłaby się robić czerwona jak burak - i to w oczach. Przyłożyła dłonie do ust, tak wolno jakby slow motion ogarnęło świat, a każda sekunda ciągnęła się w oczach i ustach. Zdusiła krzyk w swoich dłoniach, zamykając oczy za wielkimi denkami okularów. Nie, to nie była ładna dziewczyna. I była zdecydowanie za młoda. Tajemnicza śmierć i tragedia, która związała ją z tym miejscem nie była sprawiedliwa. Laurent odprowadził ją poirytowanym wzrokiem, ale... w zasadzie to jej współczuł.
- Wszyscy się ze mnie śmieją! Każdy z was się śmieje! - Zawodziła, kiedy przysiadła na górze jednego z kranów - chyba lewitowała, ale wyglądało to tak, jakby tam siedziała. - Nie ma-macie... nie rozumiecie jak to jest..! - Płaczliwa, jęcząca Marta. Laurentowi się zrobiło głupio, delikatnie mówiąc. TROCHĘ głupio. Bo naprawdę nie chciał, żeby płakała, poza tym... jak to ze sceny O NIM zrobiła się scena O NIEJ? Powinno tak być? Nie powinno? Był zmieszany. Naprawdę zmieszany.
- Przepraszam noo... naprawdę nie chciałem... - Prawdziwy dżentelmen musiał dbać o samopoczucie kobiet, tak mówił zawsze Edward. Kuło go to w sumienie, że Marta tak skończyła.
- N...naprawdę? - Zająknęła się, patrząc tymi swoimi (Laurent by przysiągł, że szklącymi się) oczami na nich. Już drgały te krany gotowe zalać całą łazienkę. - Nie bawi was Jęcząca Marta?
- Przecież to nie jest śmieszne. Przytuliłbym cię, gdybym mógł. - Laurent wręcz wyciągnął do niej ramiona, jakby chciał to potwierdzić i trochę pożałował, kiedy Marta zleciała z kranu i przeniknęła przez niego. Lodowate muśnięcie nie było wcale przyjemne.
- Nie chciałabym, żeby ktoś z was zobaczył te żółte oczy... te ostatnie oczy, które widziałam, zanim umarłam i stałam się... Martwą Martą! - Zabuczała znowu z płaczu, najwyraźniej nie do końca uspokojona.