Gotowa kąpać się w narkotycznej przyjemności czegokolwiek, co zaspokajało chorą żądzę posiadania; nie można było jej za to winić, działała w imię swojej wiekuistej rozkoszy – czy było coś bardziej dotkliwego i rzeczywistego niż jej pragnienia i tlone na dnie serca pożądanie?; prawdopodobnie dlatego wybuchła perłami krystalicznego śmiechu, który roztłukł się o podłogę, jak te obrazy w umyśle, pozostawiające po sobie jedynie blade duchy plam na ścianach – obecne i nieodzowne, a jednak dostrzegalne dopiero przy bliższym skupieniu wzroku na ich śladach. Westchnięcie ciche i miękkie, opuściło jej usta gdy tylko przerwała nagły paroksyzm śmiechu, który ogarnął jej ciało. Już milcząc, spokojnie, o roziskrzonych przejrzystym lustrem oczach, skupiła wzrok na nim odrobinę zbyt długo; odrobinę zbyt intensywnie, aby mógł to przeoczyć.
Zasuwała pończochę powoli, intrygująco kokieteryjnie – jakby prowadziła niewiadomą grę z jego potrzebami i żądzami; pas pończoch puścił materiał, przerywając martwą ciszę cichym kliknięciem – ona z kolei, pozbywszy się części odzienia, odrzuciła ją jedynie gdzieś w głąb mieszkania; jakby przewidując, że tej nocy już jej się nie przyda.
Nie wstydziła się nagości w żadnej mierze, a ciepło tchnące od jej skóry było tak rzeczywiste, jak jej osoba filuternej, odrobinę niewinnej w swojej butności, jeszcze niedorosłej kobiety. Wszystko było tak bezdennie pokurwione, dziwne i niespodziewane, że mimowolnie sięgnęła po butelkę, otulając gwint dłonią, aby pociągnąć solidny łyk alkoholowego trunku – ten rozlał się przełykiem cierpko, szumiąc w głowie i czyniąc w niej niespokojnie.
Patrząc na niego, rozpinającego zwolna guziki koszuli, aby po chwili ją ściągnąć, przygryzła mimowolnie dolną wargę, wbijając natrętne igiełki spojrzenia w jego fizjonomię.
Jednak dopiero to jego pytanie, rozbudziło ją do żywego.
Przysunęła się do niego blisko; niebezpiecznie blisko, pochylając się ku niemu – tak, że mógł poczuć subtelną, szczypiącą woń wina, z którą mieszała się słodycz jej oddechu. Trwała tak przez ulotne momenty, dłonią sunąc wzdłuż jego klatki piersiowej.
– Pokaż mi zatem – rzekła półgłosem, a uśmiech kwitnący na jej wargach sugerował, jaki ogrom pikanterii zawarł się w głoskach; jak bardzo się z nim drażniła, jak wiele arogancji w swoich ruchach zawierała i jaki ogrom emocji niósł za sobą ten rozkaz.
Loretta nie prosiła; ona zawsze rozkazywała.
Wtem usłyszała jego pytanie, na które zmarszczyła brwi niewinnie, jakby ważyła odpowiednie dictum, jakby szukała w swoim wnętrzu należytej odpowiedzi. W gruncie rzeczy, nie wiedziała czym rzucić – czy pokusić się o zaklętą we wnętrzu szczerość, czy zbyć go prostym frazesem, absolutnie nieszczerą kantyczką, która wybijała rytm jej życia – szponów harpii, miękkości puchu i ulotności nitek babiego lata sierpniową porą.
– Nie wiem, nie mam pojęcia. Za każdym razem, gdy odchodzi, myślę sobie, że już nigdy go nie przyjmę do siebie; a on za każdym razem wraca do mnie na kolanach i ja za każdym razem pozwalam sobie zasnąć w jego objęciach. Wydaje mi się, że traktuje mnie poważniej niż jakąkolwiek kobietę, z którą spał – rzekła, przerywając na wychylenie solidnego łyka wina z butelki. – Nie mogę być pewna jego uczuć, bo nie mogę być pewna niczego w życiu. On jednak, mam wrażenie, dałby się zabić za mnie – spuentowała, odpływając myślami gdzieś w dalsze meandry umysłu, niż posiadała pod kontrolą.
– Czy dalej kochasz Dianę? – spytała łagodnie, przekrzywiając nieznacznie głowę.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it