• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back...

Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back...
Devil in disguise
She's dancing by herself
She's crowned the queen of hell
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stukot obcasów zwiastuje jej chuderlawą, drobną posturę, którą skrzętnie ukrywa pod pstrokatymi, szerokimi koszulami, szerokimi nogawkami spodni i kapeluszami z okrutnie wielkim rondem. Blada, o twarzy pokrytej pajęczynką piegów, oczach roziskrzenie piwnych, ustach surowo wykrojonych. Na jej obliczu często pełznie uśmiech, ukazujący nieidealne zęby, o skrzywionych kłach – jest w niej jednak coś rozbrajająco szczerego. Aura czerwona, intensywna, niejednokrotnie przytłaczająca.

Loretta Lestrange
#12
06.12.2023, 00:36  ✶  

– Twoja miłość czyni mnie szaloną – wyszeptała kiedyś w usta Alexandra, gdy otulała ich miękka pościel, nosząca zapach jej perfum, jego wody kolońskiej i czegoś niewybadanego; uśmiech topniał na wargach jak marcowy śnieg, pozwalając głowom przebiśniegów przebić się ponad masyw chłodu.

Nigdy przecież nie liczyła dni, które spędzili razem; a już w szczególności pijanych nocy, w których zlizywał z jej nagiej skóry ognistą, toczącą się kroplami gdzieś wzdłuż klatki piersiowej aż do pępka. Nie potrafiła sformułować własnego chichotu, który łaskotkami wyduszał z jej zaklętych płuc i westchnień, gdy dotykał ją tak, jak tylko on potrafił. Nieprzebrnięte masywy ich relacji stanowiły o nieustannym poznawaniu się na płaszczyznach rozległych i nieodgadnionych – znali się przez tę mnogość lat, a jednak wciąż odkrywali się na nowo. Zapewne dlatego, opatulona w masyw pościeli, układała policzek na jego barku, odpalając kolejnego papierosa, którego oczko zabłysło jak gwiazdy na nieboskłonie skutym zimnem.

Jej ciało, cieplejsze niż skuwający chłodem mróz, dłonią wędrowało wzdłuż klatki piersiowej – tak, jakby poznawała je na nowo; tak, jakby nigdy nie brał jej w posiadanie gwałtownie. Umknęła tej linii ich fizyczności, odsuwając się niejasno, aby sięgnąć do popielniczki, pozwolić popiołowi opaść z tej jednej, jedynej gwiazdy śmierci. Blade, niewielkie piersi wyswobodziły się z ciężaru kołdry, a ona przekazała papierosa, którego napoczęła, w usta Alexandra.

Pocałunek nosił na sobie znamiona dymu papierosowego, który po chwili rozmył eter pomiędzy nimi, gdy ujęła jego podbródek w dłonie. Leniwe poranki, zastające wstęgami słońca ich nieśpiących, gdy blade niebo zstępowało na tron nocy, rozjaśniając nieboskłon mleczną barwą w rytm westchnięć uchodzących z jej spętanych obietnicą warg. Uśmiech rozciągający się całunem po ustach czynił mgliście w roziskrzonych oczach, a jego dotyk – absurdalnie delikatny w kontrze do całości Alexandra – czynił w umyśle pijanie i niespokojnie. Zupełnie jakby nie potrafiła się mu oprzeć; zupełnie, jakby był tą przeklętą obietnicą.

– Powiedz, że mnie kochasz – rzekła w pewnym momencie, naga, o aureoli ciemnych włosów układającej się nimbem na poduszce i dłoni unoszonej ku sufitowi, zupełnie jakby chciała złapać sam nieboskłon za kark i uchylić jego rąbka Mulciberowi. Bo w gruncie rzeczy tak było; chciała napełnić gazowaną wodą jezioro, tylko po to, aby z nim w nim popływać; chciała zerwać rozłożyste gałęzie drzew, oplecione listowiem jak wata cukrowa, tylko po to, aby mu je wręczyć.

Jej pijane przemyślenia zawierały w sobie zawsze pewną nutę rzewności; to wtedy na ogół zapominała pieczęć jego słów, aksamit myśli i półmisek uczuć, które go niej żywił. Potrzebowała jego zapewnień gorliwie i nieprzejednanie; niezależnie od tego, czy miał niebawem uciec z jej rąk i nie dawać znaku życia przez mnogość dni, czy miał z nią zostać i karmić ją atencją, którą żywiła się od zawsze. Zawsze był „tak o”, bez gorliwych wyznań i pięknych słów – chciała jednak, obsesyjnie chciała, aby ją kochał; chciała być dla niego pierwszą i ostatnią miłością; chciała, aby otulał ją ramionami i szeptał obietnice prosto w usta.

– Zmuś mnie, Lorie – odparł tylko tym swoim przeklętym tonem, który wyzierał z jej klatki piersiowej ostatnie tchnienie.

Ogniki w jej bezdennie głębokiej, brązowej toni tęczówek zatańczyły; jakby niepisana agresja zagościła gdzieś na dnie umysłu – wydała zamiast tego z siebie przeklęte westchnięcie, opadając ponownie na poduszkę, przysłaniając oczy dłonią. Klatka piersiowa falowała pod ciężarem niewypowiedzianego: chciała być dla niego jedyną, być początkiem i końcem, być jego obsesją. Nigdy tak gęsto nie zabiegała o żadnego mężczyznę, on jednak, ściągając przyrzeczeniem ciężar z jej warg, nie był byle jakim mężczyzną.

– Twoja miłość czyni mnie szaloną – rzekła ponownie, wzrokiem bacznie powracając do jego zaklętego w namyśle oblicza.

Leniwe poranki zastawały ich każdorazowo zamkniętych w okowach własnych obezwładniających pragnień i obietnic; tych niewypowiedzianych, bezsłownych, jak i przemyślanych i wyartykułowanych. Podniosła się z łóżka, narzucając na ramiona jego koszulę i na palcach, widząc, jak oddaje się powoli w słodkie ramiona snu, ruszyła do łazienki umyć zęby – wychyliła się jedynie zza ściany, mając usta pełne piany, widząc, że on się podniósł, spokojnie spoczywając na krawędzi łóżka.

– To moja koszula? – zabrzmiał pytaniem.

– Czy to problem? – odbiła piłeczkę i splunęła na jego klatkę piersiową pastą do zębów.

Lepki poranek każdorazowo niósł na swoich barkach kłótnie mniejsze i większe; ona jednak, przekonana o jego oddaniu, przyjmowała wszystkie siarczyste słowa, dłonie zaciśnięte na jej nadgarstkach tudzież oplatające łabędzią szyję, bez nadmiaru chmur burzowych nad głową. Tak długo, jak ją kochał, tak długo, jak do niej wracał – nie potrafiła skutecznie usunąć go z kanwy swojego życia. Zamiast tego, raczyła się jego powrotami, gdy opatulał jej łydki ramionami, oświadczając się po raz kolejny, czy po prostu – powracając do jej chuderlawych rąk z prośbą zamierającą na ustach.

Ich relacja, burzliwa i nieodpowiednia; okrutna i idylliczna zarazem, ubierająca w piękne słowa to wszystko, czego oczekiwali od siebie nawzajem i od życia – trwała nieprzerwanie, lepiąc się jak guma do żucia; nie potrafili na jej rozciągłości odwrócić się od siebie bezceremonialnie, a jej łzy i jego krzyk jedynie podsycały całokształt emocji, które do siebie żywili gorliwie i gorączkowo.

Prawdopodobnie dlatego, niepomna jego gniewu, wybuchła perłami śmiechu, które prędko rozbiły się o panele melodyjnym dźwiękiem. Zniknęła za rogiem łazienki i dopiero w lustrze dojrzała, iż poszedł za nią – nienawidziła, gdy przesączony gniewem do cna okazywał jej czułość, teraz jednak, w tej jednej milionowej wszechświata, zapadła się bez reszty, pozwalając opleść się ramionami w pasie.

Odwróciła się do niego, zarzucając mu ręce na ramiona, splatając dłonie za jego karkiem – w całym tym absurdzie i abstrakcji, potrzebowała jego bliskości i dopiero gdy ich usta złączyły się w żarliwym pocałunku, dopiero gdy zawisła na nim, oplatając nogami w biodrach, poczuła się właściwie i adekwatnie. Dopiero wtedy poczuła, że kocha go w całej rozciągłości i małości zarazem; że nie chce wypuścić go z ramion równie gorliwie, jak tymi samymi ramionami wzruszała na jego kolejne odejście.

– Chyba właśnie cię zmusiłam – podsumowała, odsuwając się od niego na centymetry, pozwalając tej lichej przestrzeni zaistnieć i wybrzmieć.

Nigdy tak mocno go nie pragnęła, jak wtedy, kiedy nie był jej. Nigdy tak żarliwie go nie całowała, jak wtedy, gdy miał odejść. Nigdy nie chciała go tak bardzo mieć na własność, jak gdy zatapiał palce w jej miękkich udach i sunął dłońmi po żebrach.


***

Jej dłonie, błądzące po jego klatce piersiowej, zupełnie jakby były zbłąkane przez los i niewymowne słowa, sunęły po ciele, odnajdując właściwe sobie miejsce przylegania. Gdy złapał ją agresywnie za nadgarstek, uśmiech wypłowiał na jej obliczu, przekazując dyrygenturę żywemu zaciekawieniu, które rozgościło się swobodnie na obliczu. Uwielbiała, gdy Alexander to robił; gdy zaciskał silnym uchwytem palce na jej nadgarstkach, gdy zmuszał ją tym, co zmuszeniem nie było – oddawała mu się za każdym razem żarliwie i ilekroć cios opadał na jej drżące ciało – czuła się aż nazbyt dobrze. Tym razem drgnęła w niej podobna struna, przekazując pałeczkę ciężkiemu oddechowi, gdy przygryzała dolną wargę, przekrzywiając głowę w akcie żywego zaciekawienia.

I trwała tak, w niemym bezruchu, gdy nacisnął zębami na opuszki jej palców. Wpatrywała się urzeczona, zgoła jak dziecko przy szybie cukierni, z ciekawością przebijającą się przez masyw myśli, tak jakby chciała odgadnąć wszystkie jego motywacje i krążące jak bezlitosne kruki przemyślenia. Nic nie frapowało jej tak silnie, jak jego umysł i to, jak mogła wpłynąć na jego poły – jednak gdy puścił jej dłoń, oddając ją w wiekuiste władanie, wsunęła ten sam palec do ust, oblizując go. Było w tym coś bezczelnie bezpruderyjnego, butnego i aroganckiego, a jednocześnie niebywale nęcącego i zionącego dojmującym pragnieniem. Pewne faktory były niezachwiane – niebanalna w swojej uległości, nie była bierna; była sukubem, który pozwalał na rozmiękanie dotyku, pozostawała jednak wciąż demonem.

Obserwowała jak zaklęta, urzeczona nieomal, gdy ściągał z szyi krawat, co nasłało na jej umysł nawałnicę myśli: czy faktycznie był wciąż zakochany w Dianie?; czy żywił do niej coś poza nienawiścią?; a może nie umiał odpowiedzieć pod wpływem pożądania?; może nie chciał wspominać swojej byłej, gdy właśnie był półnagi przed inną kobietą?; może po prostu wiedział, jak zakazanym owocem jest kobieta jego najlepszego przyjaciela?; czy ona była w ogóle kobietą Alexandra?; czy mogła nazwać się nią?

– Zmuś mnie – rzekła tak, jak Alexander gdy spytała go o wyznanie miłosne. Nie bez przyczyny zarzuciła tymi słowami, a ich źródło pozostawało we względnej świadomości Loretty, jakkolwiek o szumiącym umyśle i ekscytacji potrafiła myśleć trzeźwo.

Westchnięcie spoczęło na jej wargach miękko, gdy związał jej nadgarstki krawatem; w istocie, jego obecność czyniła miałko w myślach i fatalistycznie nęcąco – nie przyznałaby jednak tego przed sobą, myśli zaklinając w osobę Alexandra, której nie potrafiła wyprać z płótna myśli. Obróciła się jednak przodem do Murtagha, ogniskując spojrzenie w jego nieprzebrniętych oczach, skupiając rozlane mleko przemyśleń na jego osobie; zakazane smakowało najpyszniej, a Macmillan należał do tych zabronionych owoców, po które nie powinna sięgać nigdy, a w których zatapiała zęby aż nazbyt często.

Nie posiadała w końcu zbytku moralności, nie przejmowała się prawie niczym – ignorancko beztroska – tak, jakby jutro miało nie istnieć; tak, jakby ich czyny były właściwe, tymczasem od właściwości umykające pod wieloma niepisanymi, ludzkimi zasadami.

– To wbrew zasadom gry, mój miły – odparła lekko, wzburzając na wargach filuterny uśmiech, tak jakby ich gra nosiła w tym momencie najlżejsze znamiona istotności. Zaczepność charakteru nie pozwalała jej jednak uciąć potoku sytuacyjnego prostym tak, weź mnie. Zamiast tego, pochyliła się ku niemu ponownie, tym razem z dłońmi ściśniętymi w okowach krawatu, pozwalając kosmykom czerni włosów rozlać się po policzkach, zatańczyć zwiewnie między westchnięciami ogarniającymi z wolna umysł.

– Pokaż mi. Pokaż, gdzie chciałbyś mnie dotykać – rzekła, opierając się swobodnie o jeden z foteli stojących przy dywanie.

W swojej sytuacji patowym mogłaby określić to, że nie miała jak napić się wina, a schło jej w ustach równie prędko, co serce wybijało niespokojny rytm. W gruncie rzeczy przecież, nie robiła nic złego – tak starała się oszukać ochłapy swojej moralności – nie miała wszak pewności, ile kobiet Alexander bałamucił gdy go nie było; a nawet i wtedy, kiedy był. Nigdy nie ślubowali sobie wyłączności i niejakiego monopolu na dotyk i ciężki oddech moszczący się w zgięciu szyi; nigdy nie powiedzieli wprost, niezachwianie, że są w związku.

Zaczepne spojrzenie zostało okraszone trzepotem welonu czarnych rzęs – wyglądała rozbrajająco niewinnie jak na kobietę demoniczną, za którą można było ją śmiało uważać. W końcu kryła pod tymi wszystkimi kuluarami zwiewnych sukienek, obcasów i dziewczęcych, świeżych uśmiechów, istną bestię, która tylko czyhała, oblizując kły.

– Masz na to pozwolenie bóstw – szkoda tylko, że Alex urwie ci jaja – dodała cieniem gdzieś w umyśle, wspominając te same bóstwa, którym miała ślubować wierność i uczciwość małżeńską za półtora miesiąca z Alexandrem, o kroplach ciemnej krwi kapiących na posadzkę cygańskiej przyczepy i rozgwieżdżonym niebie, pod którego osłoną powiedziała sakramentalne tak.

Modliła się w gruncie rzeczy, aby te same bóstwa ocaliły ją spod pręgierzy niemoralnych czynów, których przecież słodycz była tak miła i tak łatwo się udzielała. Prowokacyjna w całej swojej okazałości, łamała niepisane zasady wszechświata i własną czystość zapisaną gdzieś na dnie mrugających gwiazd; absolutna degrengolada jej wartości moralnych następowała właśnie teraz, osnuwając mętną mgłą jej ludzką twarz; tę, która nie kusiła mężczyzn nieustannie i tę, która zawierała w sobie ostatnie nuty niewinności i dziecięcości, które, w jej mniemaniu, przynosiły osobowości niejaką chlubę.

Teraz jednak była po prostu rozpustnicą, w której harpie szpony napatoczył się Murtagh; daleka od wyśrubowanych niewinnością panien, zamknęła się w alkowie własnego zepsucia. I choć naturalnie pogodna i zalotna, czarująca i radosna, nigdy nie przewidziała, że tak głęboko zatopi się w rzeczach powszechnie niewłaściwych – a niewłaściwym był niewątpliwie przyjaciel zakochanego w niej mężczyzny: szeptał jej wszak lepkie słowa poświadczające o miłości, gdy usiłował się jej oświadczyć po raz kolejny. Alexander wiedział, iż Loretta wzorem cnót nigdy nie była, nie mógł jednak przewidzieć absolutnego absurdu wynikającego z sytuacji, w której miała się zbliżyć do Macmillana.

A jednak gdzieś na samym dnie, gdzieś pośród gałęzi magnolii i deszczy majowych, chciała pozwolić sobie na ten owoc zakazany; czekała więc na jego ruch żarliwie i wypełniona mnogimi emocjami, aby ostatecznie spuentować całość prowokacyjnym spojrzeniem, posłanym spod odrobinę mrużonych ocząt – potrafiła grać w tę zawiłą grę z równą wprawą, co dzierżyć pędzel nad płótnem, a każdy jej gest był niebywale wyważony w swojej okazałości.

Nie liczyło się nic, jedynie ich przerywane oddechy.



Part of me wanna to do stupid shit
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Loretta Lestrange (6022), Murtagh Macmillan (6332)




Wiadomości w tym wątku
Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 19.11.2023, 02:47
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Loretta Lestrange - 23.11.2023, 20:20
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 23.11.2023, 21:51
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Loretta Lestrange - 23.11.2023, 22:16
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 24.11.2023, 18:08
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Loretta Lestrange - 24.11.2023, 19:04
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 24.11.2023, 19:49
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Loretta Lestrange - 30.11.2023, 22:08
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 05.12.2023, 12:03
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Loretta Lestrange - 05.12.2023, 21:51
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 05.12.2023, 23:04
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Loretta Lestrange - 06.12.2023, 00:36
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 15.12.2023, 23:20
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Loretta Lestrange - 02.01.2024, 18:50
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 03.01.2024, 12:08
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Loretta Lestrange - 03.01.2024, 22:47
RE: Sylwester 1971/72 || Murtagh & Loretta || Take me back... - przez Murtagh Macmillan - 19.02.2024, 11:32

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa