18.11.2022, 02:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2022, 02:35 przez Mavelle Bones.)
Swego rodzaju błogość odmalowywała się na twarzy Mavelle, gdy ta zajadła, nie, rozkoszowała się smakiem zapiekanki. Nie wchłonięcie jej już-teraz-natychmiast wymagało pewnego rodzaju samozaparcia; niemniej sprawę ułatwiała myśl, że jeśli się powstrzyma, to dłużej będzie mogła delektować się tą kulinarną wspaniałością.
Doprawdy, chyba będzie musiała skorzystać w tej okazji, że mieszkały teraz pod jednym dachem i poprosić o jakieś korepetycje z przygotowywania tejże potrawy, godnej podniebienia wszelkich bogów, jacy tylko istnieli bądź mogli istnieć.
- I co, duch byłby na tyle złośliwy, żeby działać tylko wtedy, kiedy ty wchodzisz do kuchni? - zadumała się nad taką opcją. To nie tak, że nie istniały złośliwe byty; wystarczyło sobie przypomnieć Irytka, który dał się chyba każdemu uczniowi Hogwartu we znaki. Mniej lub bardziej, ale jednak. Tyle że nie osądzała takiej gadziny o takie pokłady cierpliwości, żeby czaić się gdzieś w kącie i czekać, aż Erik Longbottom łaskawie przekroczy próg kuchni – Jak Bren mówi, prędzej już ten najstarszy syn najstarszego syna, inaczej wtedy wszystko stawałoby na głowie również i wtedy, gdy ona tu urzęduje – westchnęła i władowała sobie do ust kolejny kawałek zapiekanki. Z pewnym żalem odnotowała, że jej zasób na talerzu boleśnie się kurczył i to mimo tego, iż zachowywała powściągliwość; zapewne załapałaby się jeszcze na dokładkę, jednakże – niestety – jej żołądek nie miał takiej pojemności jak kobieca torebka, która – potraktowana odpowiednim zaklęciem – zdolna była pomieścić w sobie nawet i cały wszechświat.
No skandal po prostu.
- Długa jest tak lista? – zainteresowała się bliżej. Mając ją w teorii można by metodą eliminacji określić winnego, a i to pod warunkiem, że w istocie winną zamieszania była klątwa, rzucona stosunkowo niedawno, nie przed wieloma lat, by uaktywnić się w najmniej spodziewanym momencie i tym samym dręczyć niczego nieświadomego potomka Longbottomów.
- Ej, „trochę ognia” to też pożar, zwłaszcza jeśli znajduje się tam, gdzie go być nie powinno – wypaliła, mierząc w Erika widelcem przez parę sekund, po czym uniosła brew – Kurnik? I dlaczego o tym jeszcze nie słyszałam? – spytała z pewną konsternacją. No ładnie, takie rzeczy się działy…!
- Hm, są chociażby owczarki angielskie, kudłatość prima sort – podsunęła myśl, aczkolwiek bynajmniej nie naciskała na wybór tej rasy; w końcu nie miała być właścicielką tego psa, prawda? - Ale owszem, mugolskie schroniska z cała pewnością są przepełnione i można w ten sposób zrobić dobry uczynek – uśmiechnęła się lekko, aczkolwiek trochę smutno; mimo wszystko serce bolało na myśl, że takie miejsca w ogóle były potrzebne. Och, gdyby dało się tak zrobić, że każdy piesek ma kochający dom! - … i tak tylko podpowiem, że kudłatego to trzeba czesać – w końcu chyba nikt nie chciał, żeby biegał tu jeden wielki kołtun? Ale też Mav zdawała sobie sprawę z tego, iż zasoby czasowe były ograniczone, no więc… wolała na wszelki wypadek zwrócić uwagę na ten aspekt.
- Myślę, że może zaryzykuję wstawienie wody na kawę? Więc jeszcze chwilę bym posiedziała - … choć może to nie było zbyt rozsądne. A może po prostu chciała na własne oczy zobaczyć, jak w kuchni dzieją się RZECZY.
Doprawdy, chyba będzie musiała skorzystać w tej okazji, że mieszkały teraz pod jednym dachem i poprosić o jakieś korepetycje z przygotowywania tejże potrawy, godnej podniebienia wszelkich bogów, jacy tylko istnieli bądź mogli istnieć.
- I co, duch byłby na tyle złośliwy, żeby działać tylko wtedy, kiedy ty wchodzisz do kuchni? - zadumała się nad taką opcją. To nie tak, że nie istniały złośliwe byty; wystarczyło sobie przypomnieć Irytka, który dał się chyba każdemu uczniowi Hogwartu we znaki. Mniej lub bardziej, ale jednak. Tyle że nie osądzała takiej gadziny o takie pokłady cierpliwości, żeby czaić się gdzieś w kącie i czekać, aż Erik Longbottom łaskawie przekroczy próg kuchni – Jak Bren mówi, prędzej już ten najstarszy syn najstarszego syna, inaczej wtedy wszystko stawałoby na głowie również i wtedy, gdy ona tu urzęduje – westchnęła i władowała sobie do ust kolejny kawałek zapiekanki. Z pewnym żalem odnotowała, że jej zasób na talerzu boleśnie się kurczył i to mimo tego, iż zachowywała powściągliwość; zapewne załapałaby się jeszcze na dokładkę, jednakże – niestety – jej żołądek nie miał takiej pojemności jak kobieca torebka, która – potraktowana odpowiednim zaklęciem – zdolna była pomieścić w sobie nawet i cały wszechświat.
No skandal po prostu.
- Długa jest tak lista? – zainteresowała się bliżej. Mając ją w teorii można by metodą eliminacji określić winnego, a i to pod warunkiem, że w istocie winną zamieszania była klątwa, rzucona stosunkowo niedawno, nie przed wieloma lat, by uaktywnić się w najmniej spodziewanym momencie i tym samym dręczyć niczego nieświadomego potomka Longbottomów.
- Ej, „trochę ognia” to też pożar, zwłaszcza jeśli znajduje się tam, gdzie go być nie powinno – wypaliła, mierząc w Erika widelcem przez parę sekund, po czym uniosła brew – Kurnik? I dlaczego o tym jeszcze nie słyszałam? – spytała z pewną konsternacją. No ładnie, takie rzeczy się działy…!
- Hm, są chociażby owczarki angielskie, kudłatość prima sort – podsunęła myśl, aczkolwiek bynajmniej nie naciskała na wybór tej rasy; w końcu nie miała być właścicielką tego psa, prawda? - Ale owszem, mugolskie schroniska z cała pewnością są przepełnione i można w ten sposób zrobić dobry uczynek – uśmiechnęła się lekko, aczkolwiek trochę smutno; mimo wszystko serce bolało na myśl, że takie miejsca w ogóle były potrzebne. Och, gdyby dało się tak zrobić, że każdy piesek ma kochający dom! - … i tak tylko podpowiem, że kudłatego to trzeba czesać – w końcu chyba nikt nie chciał, żeby biegał tu jeden wielki kołtun? Ale też Mav zdawała sobie sprawę z tego, iż zasoby czasowe były ograniczone, no więc… wolała na wszelki wypadek zwrócić uwagę na ten aspekt.
- Myślę, że może zaryzykuję wstawienie wody na kawę? Więc jeszcze chwilę bym posiedziała - … choć może to nie było zbyt rozsądne. A może po prostu chciała na własne oczy zobaczyć, jak w kuchni dzieją się RZECZY.
494/1852