06.12.2023, 07:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.08.2024, 13:14 przez Alexander Mulciber.)
Przewrócił oczami, kiedy Macmillan pociągnął grę na wyżyny masochizmu. Kończmy to, pomyślał, i bez ostrzeżenia pozwolił, by zaklęcie zaczęło znów na oślep krzywdzić matkę Tristana. Nie mogła wrzeszczeć, mogła co najwyżej bulgotać krwią, wrzącą w jej żyłach.
Gdyby była młodsza, ładniejsza, na pewno sprawiłby, by zdychała powoli - by jej jęki trafiały wprost do jego ucha, kiedy dzielił ciało i kości takimi samymi leniwymi ruchami jakby stawiał tarota - ta gruba świnia nie wpasowywała się jednak w jego gusta, zawsze wolał estetykę heroin chic, więc po prostu wreszcie podciął jej gardło od ucha do ucha, jak w ubojni, pozwalając kobiecie wykrwawić się do reszty na podłodze.
- Co za szkoda. Przeznaczenie wybrało za ciebie - zauważył chłodno. Machnął różdżką, by ciało kobiety - z wylewającymi się wnętrznościami i zwisającą na samej skórze jedną z nóg - zawisło przed nim w powietrzu, niby tarcza, przesłaniając aż nieco Mulcibera zajmującego pozycję obok fotela. Popatrzył przeciągle na Rudolpha, który miał wycelowaną różdżkę w Warda, jakby mówił mu, aby był wyjątkowo czujny. On sam swoją różdżkę skierował prosto na Tristana, gotowy zareagować, gdyby ten rzucił sztyletem w tego teatralnego debila, Murtagha, jak czule pomyślał o przyjacielu, który gotów był własne życie stawiać na szali dla większego dramatyzmu.
Skinął głową w stronę ojca Tristana. - Zabij go - powiedział krótko do aurora. Wrócił jego beznamiętny ton. Obojętność - tylko to czuł. Może i czaiła się w nim jakaś iskierka irytacji, bo dalej nawalało go w krzyżu, ale poza tym, że przez najbliższy miesiąc Loretta nie bedzie mogła być na górze, nie był jakoś specjalnie poszkodowany; więcej, był doskonale opanowany jak na kogoś uwalanego krwią dopiero co zabitej kobiety. - Dalej, wybieraj. - Machnął różdżką jeszcze raz w stronę lewitującego ciała martwej kobiety i patrzył zza ludzkiej tarczy jak jej już bezwładne ciało bezcześci zmaza zaklęcia, szarpiąc trupem, jakby w pozorach tlącego się w nim życia.
Iluzja wyboru znana również jako it's a prank, bro.
Gdyby była młodsza, ładniejsza, na pewno sprawiłby, by zdychała powoli - by jej jęki trafiały wprost do jego ucha, kiedy dzielił ciało i kości takimi samymi leniwymi ruchami jakby stawiał tarota - ta gruba świnia nie wpasowywała się jednak w jego gusta, zawsze wolał estetykę heroin chic, więc po prostu wreszcie podciął jej gardło od ucha do ucha, jak w ubojni, pozwalając kobiecie wykrwawić się do reszty na podłodze.
- Co za szkoda. Przeznaczenie wybrało za ciebie - zauważył chłodno. Machnął różdżką, by ciało kobiety - z wylewającymi się wnętrznościami i zwisającą na samej skórze jedną z nóg - zawisło przed nim w powietrzu, niby tarcza, przesłaniając aż nieco Mulcibera zajmującego pozycję obok fotela. Popatrzył przeciągle na Rudolpha, który miał wycelowaną różdżkę w Warda, jakby mówił mu, aby był wyjątkowo czujny. On sam swoją różdżkę skierował prosto na Tristana, gotowy zareagować, gdyby ten rzucił sztyletem w tego teatralnego debila, Murtagha, jak czule pomyślał o przyjacielu, który gotów był własne życie stawiać na szali dla większego dramatyzmu.
Skinął głową w stronę ojca Tristana. - Zabij go - powiedział krótko do aurora. Wrócił jego beznamiętny ton. Obojętność - tylko to czuł. Może i czaiła się w nim jakaś iskierka irytacji, bo dalej nawalało go w krzyżu, ale poza tym, że przez najbliższy miesiąc Loretta nie bedzie mogła być na górze, nie był jakoś specjalnie poszkodowany; więcej, był doskonale opanowany jak na kogoś uwalanego krwią dopiero co zabitej kobiety. - Dalej, wybieraj. - Machnął różdżką jeszcze raz w stronę lewitującego ciała martwej kobiety i patrzył zza ludzkiej tarczy jak jej już bezwładne ciało bezcześci zmaza zaklęcia, szarpiąc trupem, jakby w pozorach tlącego się w nim życia.
Iluzja wyboru znana również jako it's a prank, bro.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat