Prychnął cicho z rozbawienia, kiedy usłyszał o wstępie do randki BEZ ŚWIEC. To bardzo istotne - BEZ ŚWIEC. Czy jego wyznacznikiem randki są świece? Może swoją kobietę na takowe zabiera. Albo ma ona jakieś fioła na punkcie świeczek, ta jego wybranka. Bo jakoś wątpił, żeby on sam świece lubił. To miejsce na pewno kobiecej ręki nie znało, chyba że właściwie cały ten ambaras związany z posiadaniem drugiego mieszkania, bo niby bliżej do pracy, bo łatwiej, bo tylko do spania, związany był z tym, żeby unikać tej złośliwej kobiety, co to czeka w domu niezadowolona i gotowa burdy robić. A może po prostu kobiety żadnej nie miał. Może. Znał zarówno takich, którzy po seksie utrzymywali, że są heteroseksualni, takich, którzy uciekali przed żoną, tych, co zupełnie kryli swoją seksualność i kobiety po prostu nie potrafiły ich ruszyć jak i tych, którzy szczęśliwie hasali z małżonką po różnych przygodach. Na dłoni Yaxleya nie widział obrączki ani nie było odcisku po takowej, więc może nie miał żony, może miał mieć, a może w jego rodzinie był w stanie postawić na swoim - i wzbraniał się przed nieszczęśliwym związkiem. Ewentualnie był takim nikim jak on sam we własnym rodzie. Istnienie nacisku związane było chyba tylko tym, żeby przymusić jego siostrę do małżeństwa. Bo jakoś nie wyobrażał sobie, dlaczego jego macocha miałaby się tym przejmować.
Przyjemne rozluźnienie pląsało po jego skórze i mięśniach. Czasami łatwo było pomylić potrzeby z pogonią za autodestrukcją, choć wydawało się to nieprawdopodobne. A jednak tego chciał. Krążyło gdzieś to w nim z różnych powodów - jakiegoś żalu również. Żalu o to, że jego życie było jednym wielkim burdelem, a on był dziwką w tym burdelu. Złości o to, że to wszystko schowane było w Puszcze Pandory i nie wolno było jej wyciągać i pokazywać. Potrzeby poluzowania tych ram, w które samego siebie wkładał, żeby wyglądać jak ktoś lepszy. Ktoś inny, ktoś, kogo sam chciał oglądać w lustrze, więc i chciał, żeby inni go oglądali. Kłamstwo było łatwą kochanką. Prawda była bardzo wymagająca. Teraz liczyło się to, że czuł się dobrze. Wkroczył do salonu i podniósł swoją koszulę, spoglądając z uśmiechem na tą szklankę whiskey. Wsunął materiał na swoje ciało, ale nie zaczął się poprawiać, żeby wszystko wyglądało na wymuskane, bo Nicholas przełamał odległość między nimi. Nie była zawstydzająca ani wcześniej, ani teraz. Za to spojrzał na niego z zaciekawieniem, zauroczony tym drobnym gestem, dotykiem. Szkoda tylko, że niektóre słowa potrafiły zatopić urok w błocie.
Wszystko się zawsze wokół tego kręciło.
- Oczywiście. - Ten słodki uśmiech zniknął z jego ust, zniknął z jego oczu. Zgasł jak dotknięty palcami knot świecy. Jeszcze przed momentem się tliła, teraz nie został nawet dym. - Nie trzeba mi powtarzać takich... oczywistości. - Odsunął się od tego dotyku i odwrócił od niego wzrok. Zawsze to samo. W kółko i w kółko, jakby utknął w jakimś przeklętym, diabelskim kole, które nie pozwalało mu się z niego wyrwać. Wszystko było na pokaz. Wszystko było jednorazowe. Dobre tak długo, dopóki nie istniały zobowiązania.
Podniósł swoją różdżkę ze stołu i ruszył w kierunku drzwi.
- Dziękuję za gościnę. Było mi bardzo miło.