Ciepło.
Słońce oblewało swoim ciepłem, ale było zupełnie innym rodzajem ciepła niż to, które drążyło Londyn. Bardziej zbliżone do tego, jakie można było zaznać u niego, ale jeszcze przyjemniejsze. Aż odetchnął tym powietrzem, wyjątkowym zresztą, wypełnionym wonią ciepłego morza i tutejszej roślinności. Przybycie tutaj rzeczywiście nie było problemem. Pieniądze i nazwisko otwierały wiele dróg. Szczególnie, kiedy miało się szerokie znajomości tak jak oni.
- Będą następne okazje. - Zapewnił ją, przyglądając się otoczeniu w zamyśleniu. Tak daleko od domu, a jednocześnie tak blisko. Wystarczyło użyć przygotowanego świstoklika znów. Znaleźć się tam, gdzie czekała na nich rodzina, praca, zajęcia. Gdzie czekał ten zły, szalony świat. Czy to była ucieczka? Mogli to uznać za ucieczkę? Jeśli tak to mógł chyba zostać uciekinierem. Chociaż na te dwa dni.
Spojrzał na mapę Victorii i powoli ruszyli w kierunku hotelu, w którym mieli przenocować. Od tego trzeba było zacząć - zostawić walizki, z którymi się pojawili. Normalnie Laurent wykorzystywał każdą chwilę, żeby zwiedzać. Dbał o przewodników i tak dalej, ale tym razem to nie było to, czego szukał. Czego oboje szukali. Teraz potrzebowali dokładnie tego, o czym rozmawiali - poleżenia na plaży, albo pospacerowania w samotności i spokoju. Jeśli w ogóle można mówić o samotności, kiedy się jest we dwoje. W hotelu już czekał na nich tłumacz, który zajął się pomocą z odebraniem zamówionego hotelu, tam zadbali o ich bagaże, mogliby pójść się odświeżyć, ale nie było takiej potrzeby. Żadne z nich w końcu "dalekiej podróży" nie odbyło. Laurent został w cienkiej koszuli i krótszych spodniach. Zapytałby normalnie, czy Victorii nie jest gorąco, ale... nie mogło być. Nie odczuwała w końcu temperatury. Ciepło czy zimno - mogło jej dopiero zaszkodzić przy niskich temperaturach czy wysokich - niebezpieczne. Nawet nie wiedziałaby, kiedy doznałaby odmrożenia. Poczułaby już przy tragedii. Skierował się razem z nią do poleconej przez tłumacza kawiarni przy plaży. Na poranne śniadanie i kawę, bo Laurent nie mógł, po prostu NIE MÓGŁ zaczynać dnia bez kawy. Taki nawyk, takie uzależnienie. Jedni palili, on pił kofeinę. Usiedli pod parasolką na pięknym tarasie z widokiem na morze, z którego delikatny wiaterek obmywał ich twarze i muskał kosmyki włosów.
- Nostalgiczny widok. Przypomina mi nieco o rejsie od wybrzeża Marsylii. - Tego z zeszłego miesiąca. - Noszenie czekoladek przy sobie weszło mi teraz w nawyk.