07.12.2023, 13:56 ✶
Camille odskoczyła, gdy wstrętna, śmierdząca maź wylądowała na podłodze, prawie plamiąc jej buty. Skrzywiła się widocznie, bo to nie tak, że nie lubiła obrzydliwości - oczywiście że ich nie lubiła, ale była do nich przyzwyczajona. Przecież pracowała w szpitalu, więc widok różnego rodzaju płynów, uciekających z ciał pacjentów, był dla niej chlebem powszednim. Teraz jednak było inaczej, bo Delacour była tu prywatnie. No, prawie prywatnie.
- Tak, bawią się trochę za... Intensywnie - przyznała jej rację, ściągając brwi w grymasie niezadowolenia. Odsunęła się jeszcze trochę od miejsca, w którym przed chwilą były wymiociny. Mimo że Florence je uprzątnęła, to jakoś miała opory, by stać blisko. Podążyła wzrokiem za wzrokiem koleżanki i uśmiechnęła się. Chrząknęła cicho.
- Wiesz, mam wrażenie, że tonący brzytwy się chwyta. Niby mówią, że to tradycja, ale patrząc na to, z jakim zapałem szykują się do złapania bukietu... - pokręciła głową. Florence wiedziała, że Camille nie miała nikogo - inaczej pewnie ta osoba byłaby co najmniej kilka razy w szpitalu. Co było dość dziwne, bo rodzina Delacour znana była nie tylko z czystej krwi ale i dość wczesnego zamążpójścia. Ale najwyraźniej Camille miała taryfę ulgową - bo w końcu praca w Mungu sama w sobie była prestiżem.
Blondynka pokręciła głową i dyskretnym ruchem wskazała na jeden ze stolików, przy których siedziało pół tuzina mocno pijanych mężczyzn. Jeden spał na krześle, drugi powstrzymywał torsje, pozostali śpiewali i przepijali do siebie, komentując kobiety, ustawiające się w grupkę by złapać wianek.
- Przyszłam tu jako osoba towarzysząca na prośbę rodziców. Dość szybko jednak okazało się, że moja randka nie jest zainteresowana kimś w moim wieku, więc poszedł do kumpli się napić. To ten, który zaraz będzie wymiotował - powiedziała cicho, wzruszając ramionami. Chyba nawet Florence znała definicję dobrej zabawy - to nią zdecydowanie nie było.- Też miałam się ulatniać, nawet nie zauważy mojego wyjścia. Chciałam tylko pogratulować młodym, bo to niekulturalne tak wychodzić. Co tu robisz, tak swoją drogą?
Jednak nie dane było kobiecie odpowiedzieć, bo panna młoda właśnie rzuciła wiązankę. Nagle całą restaurację wypełniły piski i krzyki, gdy pijane i chyba bardzo zdesperowane kobiety rzuciły się na bukiet, dosłownie tratując się nawzajem. Deptały po sobie, uderzały łokciami i ciągnęły za włosy.
- Tak, bawią się trochę za... Intensywnie - przyznała jej rację, ściągając brwi w grymasie niezadowolenia. Odsunęła się jeszcze trochę od miejsca, w którym przed chwilą były wymiociny. Mimo że Florence je uprzątnęła, to jakoś miała opory, by stać blisko. Podążyła wzrokiem za wzrokiem koleżanki i uśmiechnęła się. Chrząknęła cicho.
- Wiesz, mam wrażenie, że tonący brzytwy się chwyta. Niby mówią, że to tradycja, ale patrząc na to, z jakim zapałem szykują się do złapania bukietu... - pokręciła głową. Florence wiedziała, że Camille nie miała nikogo - inaczej pewnie ta osoba byłaby co najmniej kilka razy w szpitalu. Co było dość dziwne, bo rodzina Delacour znana była nie tylko z czystej krwi ale i dość wczesnego zamążpójścia. Ale najwyraźniej Camille miała taryfę ulgową - bo w końcu praca w Mungu sama w sobie była prestiżem.
Blondynka pokręciła głową i dyskretnym ruchem wskazała na jeden ze stolików, przy których siedziało pół tuzina mocno pijanych mężczyzn. Jeden spał na krześle, drugi powstrzymywał torsje, pozostali śpiewali i przepijali do siebie, komentując kobiety, ustawiające się w grupkę by złapać wianek.
- Przyszłam tu jako osoba towarzysząca na prośbę rodziców. Dość szybko jednak okazało się, że moja randka nie jest zainteresowana kimś w moim wieku, więc poszedł do kumpli się napić. To ten, który zaraz będzie wymiotował - powiedziała cicho, wzruszając ramionami. Chyba nawet Florence znała definicję dobrej zabawy - to nią zdecydowanie nie było.- Też miałam się ulatniać, nawet nie zauważy mojego wyjścia. Chciałam tylko pogratulować młodym, bo to niekulturalne tak wychodzić. Co tu robisz, tak swoją drogą?
Jednak nie dane było kobiecie odpowiedzieć, bo panna młoda właśnie rzuciła wiązankę. Nagle całą restaurację wypełniły piski i krzyki, gdy pijane i chyba bardzo zdesperowane kobiety rzuciły się na bukiet, dosłownie tratując się nawzajem. Deptały po sobie, uderzały łokciami i ciągnęły za włosy.