07.12.2023, 15:57 ✶
- Szlag - podsumowała Brenna. Wprawdzie szumiało jej nieco w uszach po tym upadku, ale kluczowe informacje, takie jak "zeżreć" przedostały się do jej umysłu. Puściła Nora, i natychmiast sięgnęła ręką w bok, usiłując wymacać różdżkę. Była teraz prawie jak ci nieszczęśni śmierciożercy, poszukujący swoich różdżek na Beltane niby sensu istnienia. Na całe szczęście - Brenna miała przy sobie Norę.
Z różdżki panny Figg buchnął płomień. W samą porę: spopielił najbliższe pędy, które już się ku nim obu wyciągały, już, już chciały pochwycić dłoń Longbottom, szukającą na ziemi zgubionej różdżki. Te cofnęły się i Brenna mogłaby przysiąc, że wydały z siebie jakiś dźwięk, a potem zaczęły zwijać się przy ścianach, usiłując ugasić ogień, który przemieszczał się po ciemnych, grubych mackach. W świetle, stworzonym przez zaklęcie, Brenna dostrzegła wreszcie swoją różdżkę i pochwyciła ją, szepcąc po prostu inkantację lumos. Nie chciała tutaj więcej ognia - diabelskie sidła były wszędzie wokół, i gdyby zaczęły płonąć, obawiała się pożaru.
- To wygląda prawie, jakby ktoś zastawił tutaj pułapkę - powiedziała, a jej głos brzmiał nieco dziwnie. Dźwignęła się na nogi i pociągnęła Norę za ramię, kierując ją w pobliże skarpy, z której dopiero co się odsunęły. Nie, nie miała zamiaru przedostawać się przez te diabelskie sidła, i sprawdzać, co kryje się za nimi. Była tutaj z Norą, nie chciała ryzykować jej bezpieczeństwa, a poza tym miały bardzo konkretny cel. Płonące krzewy. Na pewno nie rosły w pobliżu sideł, skoro Figg mówiła, że te nie lubiły ognia.
- Podsadzę cię z powrotem na tę skarpę - powiedziała, zatykając za pasek wciąż świecącą jasno różdżkę. Pędy sideł poradziły sobie z ogniem, i Brenna czuła się nieco niepewnie - bo co jeżeli lumos ostatecznie nie wystarczy. - I spróbujemy potraktować ją zaklęciami, żeby dało się wejść na górę. Chodź tutaj - poprosiła, przykucając, i nadstawiając dłonie, by pozwolić Norze postawić na nich stopę, a potem unieść ją tak, aby mogła bez wspinaczki usiąść po prostu na skarpie, z której ledwo co spadły.
Z różdżki panny Figg buchnął płomień. W samą porę: spopielił najbliższe pędy, które już się ku nim obu wyciągały, już, już chciały pochwycić dłoń Longbottom, szukającą na ziemi zgubionej różdżki. Te cofnęły się i Brenna mogłaby przysiąc, że wydały z siebie jakiś dźwięk, a potem zaczęły zwijać się przy ścianach, usiłując ugasić ogień, który przemieszczał się po ciemnych, grubych mackach. W świetle, stworzonym przez zaklęcie, Brenna dostrzegła wreszcie swoją różdżkę i pochwyciła ją, szepcąc po prostu inkantację lumos. Nie chciała tutaj więcej ognia - diabelskie sidła były wszędzie wokół, i gdyby zaczęły płonąć, obawiała się pożaru.
- To wygląda prawie, jakby ktoś zastawił tutaj pułapkę - powiedziała, a jej głos brzmiał nieco dziwnie. Dźwignęła się na nogi i pociągnęła Norę za ramię, kierując ją w pobliże skarpy, z której dopiero co się odsunęły. Nie, nie miała zamiaru przedostawać się przez te diabelskie sidła, i sprawdzać, co kryje się za nimi. Była tutaj z Norą, nie chciała ryzykować jej bezpieczeństwa, a poza tym miały bardzo konkretny cel. Płonące krzewy. Na pewno nie rosły w pobliżu sideł, skoro Figg mówiła, że te nie lubiły ognia.
- Podsadzę cię z powrotem na tę skarpę - powiedziała, zatykając za pasek wciąż świecącą jasno różdżkę. Pędy sideł poradziły sobie z ogniem, i Brenna czuła się nieco niepewnie - bo co jeżeli lumos ostatecznie nie wystarczy. - I spróbujemy potraktować ją zaklęciami, żeby dało się wejść na górę. Chodź tutaj - poprosiła, przykucając, i nadstawiając dłonie, by pozwolić Norze postawić na nich stopę, a potem unieść ją tak, aby mogła bez wspinaczki usiąść po prostu na skarpie, z której ledwo co spadły.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.