Pokiwał w zamyśleniu głową. Tak - podobny klimat. Powtórzył to w swojej głowie, fizycznie przytaknął. Podobny - choć o Marsylii przypominała to nią nie była. Nie da się zwrócić straconych chwil. Nie zwrócisz nawet jednej sekundy, więc nie możesz prosić o lata. Zanikają. Bledną. Inne zapisują się w pamięci jak oznaczenia rozgrzanym prętem na zadzie konia. "Przynależę tu a tam" - zupełnie jak miejsca, które odwiedziłeś i w których spędziłeś swój czas, szczególnie ten współdzielony z innymi ludźmi. Ta cisza... cisza była w tym wszystkim błogosławiona. Dzieliły ich wszystkie rzeczy niewypowiedziane, ale tak powinno pozostać. A może nie powinno? Miał wątpliwości, lecz nie tu. Nie teraz. Teraz myślał o Kaydenie i o Francji. Myślał o tym, a jednocześnie był tutaj, przy pysznym zapachu kawy i zaproponowanym śniadaniu. Pisali kiedyś do siebie, że powinni jadać razem. Podobno to tak działało, że wtedy jesz chętniej, ale nie. To było opatrzone o wiele większą ilością "ale", większą ilością wypadkowych od standardu, jakim były "normalne posiłki". Dla Victorii Laurent zawsze taki był i zawsze tak wyglądał, a dla niego Victoria straciła parę kilogramów na przestrzeni tych miesięcy. Dziwne by było, gdyby tego efektu nie było, chociaż niektórzy podobno stres zajadali. Jedli więcej, żeby zapomnieć. Więcej, żeby się czymś zająć - czymś przyjemnym. Czymś, co będzie ich stymulować, zajmować. Sprawianie sobie rozkoszy pysznościami się w ten schemat wliczało.
- Pomagają. - Faktycznie pomagały, czy to był jakieś placebo? Nie wiedział, ale pomagały. W końcu ten strach odpływał i pozostawał tylko za słodki smak czekolady. O paradoksie - z jakiegoś powodu ta gorzka tak nie działała. Nie wiedział, dlaczego. A może to po prostu była magia pralinek samych w sobie, gestu, tego, jak wyglądały? Ta słodycz rozpływająca się w ustach pozwalała się skupić na czymś innym - potwierdzała się teoria stresu. Zawiodły tylko dwa razy - raz, kiedy znów miał dziwny sen i drugi raz przy rozmowie z ojcem. Ale tam nic by nie pomogło. - Wyobrażasz sobie mnie w małżeństwie? - Zapytał, wyrywając się pozornie z tego zamyślenia. Pozornie, bo uśmiechnął się i spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem, ale w rzeczywistości te myśli gładko przepływały przez ten temat. Małżeństwo. Victoria samą siebie obrazowała w roli żony, bo przecież do tego została wychowana. Teraz nawet ciężko powiedzieć, czy przy byciu Zimną mogła zajść w ciążę. I choć byłoby to okrutne - to chyba musiałaby poznać fetyszystę, który byłby w stanie spędzić z nią te upojne godziny w łóżku. Optymistycznie mówiąc "godziny". To wszystko było okrutne. Podłe, złe życie, które nie pozwala dobrym ludziom po prostu być, a tym złym sypało aksamitne chabry pod nogi. Niech idą - bo przecież gdyby nie oni nie powstawaliby bohaterowie! Bohaterowie, których historia kocha. Byłoby kilka typów, które Laurent by wskazał na bohaterstwo. Rodzeństwo Longbottom chyba byłoby pierwsze na liście. Brenne znała chyba cała Anglia, nawet jeśli o niej nie pisali w gazetach. Dziwne, że nie pisali. Pewnie żaden z reportetów nie mógł za nią po prostu nadążyć.