Ty nie sypiałaś za dobrze, czasami miałaś wrażenie, że kadzidła, które zapalasz przed snem nic nie dawały. Prawda była inna, bez nich nie zmrużyłabyś oka. Tęsknota za mężem nie była czymś naturalnym, nigdy nie sądziłaś, że drugi człowiek może być kimś ważnym w twoim życiu. Zwykle siadałaś sama, na uboczu, z daleka obserwując ludzi, snując myśli na temat ich głupoty, naiwności tej dziwnej, naturalnej wesołości. Czasem gdzieś zamąciłaś, czasem podsunęłaś młodszemu kuzynowi podręcznik, którego nie powinien przeczytać, przypadkiem był zaczarowany tak, aby te ważne fragmenty zostały napisane po angielsku, aby cokolwiek mógł zrozumieć, przypadkiem skłamałaś komuś o tym, że jego żona go zdradza, przypadkiem, wszystko przypadkiem. Każdy ten przypadek był jednak skrupulatnie zaplanowany, ponieważ nudziłaś się w tym świecie, nudziłaś się zapamiętywaniem, ale od dawna nie chciałaś mieć tej pamięci, od dawna doskwierało ci to, że pamiętałaś każdy dzień z Hadesem, pamiętałaś jego twarz, jego oczy, jego głos, ale nie mogłaś go dotknąć, a pamięć ta powodowała, że zaczynałaś mocniej cierpieć, więc lekarstwem na te dolegliwości stało się Changowskie opium, które wprowadzało cię w stan błogiego spokoju, otumanienia, czegoś, co sprawiało, że zmysły na chwile zostawały przyćmione. Palenie opium odznaczało się na twojej twarzy, byłaś blada, oczy miałaś podkrążone, czasem zabiegane. Opium pomagało na chwilę, ale już nie mogłaś bez niego żyć, uzależniłaś się od niego tak jak od bólu, którego nikt od dawna ci nie zadał, twoje ciało nie posiadało już siniaków, skóra na szyi nie była zdobiona śladami palców. Byłaś idealnie czysta. Jedyny dyskomfort jaki sobie robiłaś to ciasno związany gorset, który zaciskał się naprawdę w niekomfortowy sposób.
Schowana byłaś gdzieś w głębi, między półkami i bibelotami, na dłoniach miałaś rękawiczki, które chroniły cię przed złapaniem niechcianej klątwy. Przekładałaś stary, niepozorny wazon z kartonu na półkę. Jeszcze nie wiedziałaś, co mu dolegało, ale niebawem miałaś studiować ten dziwny przedmiot emanujący magią, która zdecydowanie nie była za przyjemna. Usłyszałaś dzwoneczek przy drzwiach, zamknęłaś oczy i spojrzałaś na sklep w poszukiwaniu niechcianego gościa z Brygady Uderzeniowej. Stanley. Odetchnęłaś na tyle, na ile pozwolił ci gorset. Poczekałaś, aż wejdzie dalej, a potem wysunęłaś się jak mara z cienia niedaleko niego. Uśmiechnęłaś się delikatnie, nie był to jednak przyjemny, wesoły uśmiech. Tak, lubiłaś Stanleya, lubiłaś, gdy cię odwiedzał, ale nie byłaś wesołą osobę, nie teraz, nie w tym czasie.
– Tyle, ile uznam za stosowne – twój głos nie pasował do ciebie, miałaś uroczy, delikatny i dziewczęcy głosik. Gdybyś odezwała się z cienia, osoba, która cię nie znała mogłaby sobie ciebie wyobrazić jako słodką, blondyneczkę, bibliotekarkę w okularach, ale jak się pokazywałaś udowodniałaś, że jesteś potężną kobietą. – Chyba nie sprowadza cię tu praca, co? – uniosła brew ku górze.