08.12.2023, 02:08 ✶
Bulstrode powoli obracał w głowie myśl, że było już po wszystkim. Że to był zwyczajnie koniec i nie mieli czym się więcej przejmować, zakładając oczywiście w profesjonalizm stojącej obok Lety i to, że jej się udało. Że to dziwne uczucie, które towarzyszyło samemu łamaniu łączącej ich więzi faktycznie coś znaczyło i było przysłowiową kropką, kończącą te trzy szalone miesiące.
W pewien sposób chyba czuł niedosyt. Nie spodziewał się fajerwerków, ale czegoś, co zrobi na nim większe wrażenie. Bo skoro tyle czasu męczyli się, doświadczając różnych, niepożądanych symptomów łączącej ich więzi, to kiedy to rozejdzie się po kościach, zrobi to w podobny sposób. Może liczył na to, że żołądek znowu zwiąże się w supeł, jak za każdym razem, kiedy czuł że Brenna była w niebezpieczeństwie, albo że ona rzygnie kwiatami.
Przyjrzał się jej nieco uważniej, nie wiedząc do końca co myśleć o uśmiechu, który pojawił się na jej ustach i czy nie powinien się go przypadkiem bać. Zaraz jednak złapał się na tym, że właśnie - nie miał już czego. Jeśli łamanie podziałało, a na to w sumie wyglądało, biorąc pod uwagę charakterystyczne uczucie pęknięcia, które im towarzyszyło, to tej nocy powinien spać snem sprawiedliwego, podczas gdy ona będzie robić nie wiadomo co i nie wiadomo gdzie.
Szkoda tylko, że kiedy tylko ta myśl przetoczyła mu się po głowie poczuł ukłucie rozczarowania? I kiedy sobie to uświadomił, na moment się przeraził, bo chyba za bardzo przyzwyczaił się do stanu który dzielili ostatnimi czasy. Stał się dla niego rutyną, nawet jeśli bardzo nieprzyjemną i pozwalał skupić uwagę na tym jak bardzo było to niewygodne, jak go to irytowało i jednocześnie, że dzięki niemu czuł namiastkę jakiejś większej więzi, nawet jeśli z Brenną w sumie było mu naprawdę nie po drodze. Zbyt skomplikowane w sumie to wszystko było dla niego, tym bardziej że nigdy nie był przesadnie za pan brat z kłębiącymi się w nim emocjami. Ale może dlatego właśnie, tak dziwacznie mu teraz było, kiedy pozbawiony drażniących efektów więzi, był zmuszony dostrzec i uporać się z tym jak samotny czuł się przez kryjący się w nim chłód i stratę Elaine.
Wylazł z tego kręgu za nią niespiesznie, w nienaturalny dla siebie sposób powstrzymując się i walcząc, żeby nie przyjrzeć się Brennie uważniej i zwrócić uwagę na otaczającą ją aurę. Nagle zwyczajnie nie chciał wiedzieć, co czuła w tym momencie, orientując się że najpierw musiał posortować swoje własne myśli i emocje.
Nawet się nie wzruszył specjalnie, kiedy wyciągnęła pękaty mieszek dla Crouch, będący zapłatą za przeprowadzoną usługę. Jakoś w tym wszystkim, kiedy Brenna wyznaczyła mu termin łamania, zwyczajnie nie pomyślał o tym, ze ktoś musiał za to wszystko zapłacić. Teraz natomiast było chyba odrobinę za późno, jeśli chodziło o przepychanki związane z tym, kto miał za to zapłacić, albo najlepiej, żeby złożyli się po połowie. Ale jakby nie patrzeć, Brenna ani na biedną nie wyglądała, ani też Longbottomowie do takich nie należeli, więc od jednego mieszka zapewne nie ubędzie im zbyt wiele w skrytce w Banku Gringotta.
- Cześć - rzucił, nieco unosząc brwi na to, co miała mu dalej do powiedzenia, ostatecznie kręcąc lekko głową, ale i też uśmiechając się lekko. - Nie pomagasz... - rzucił, niby to krytycznie, ale mimo wszystko w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. W sumie mógł się tego spodziewać, że ustawiła sobie plany tak, żeby jeszcze tego samego dnia w ogóle sprawdzić, czy popełnione przez Letę łamanie faktycznie zadziałało. Chociaż pytanie, czy wizyta o Crouch nie pojawiła się w jej kalendarzu dopiero po tym, jak Brenna zaplanowała sobie dzisiejszy wieczór. W każdym razie, szczęście się do niego nieco uśmiechnęło, pozwalając wreszcie zaczerpnąć zasłużonego odpoczynku. Machnął jej jeszcze niedbale dłonią na pożegnanie, nawet jeśli miała już tego nie zauważyć, bo pomknęła szybko do drzwi, a on został z klątwołamaczką sam.
- Nie, nie mam. Ale dziękuję, że znalazła pani dla nas czas. No i zawsze dobrze wiedzieć, gdzie można znaleźć utalentowanego klątwołamacza - odparł, uśmiechając się do niej nonszalancko. - Też będę się zbierał. Do widzenia i miłego dnia - kiwnął jej jeszcze głową na pożegnanie i sam udał się do drzwi wejściowych, opuszczając kamienicę należącą do Crouch. W przeciwieństwie jednak do Longbottom, swoje kroki skierował nie w stronę najbliższego punktu teleportacyjnego, a zwyczajnie w kierunku w którym Pokątna przecinała się z Aleją Horyzontalną. Postanowił zrobić sobie spacer, dla ukojenia myśli i zapalenia papierosa, którego teraz tak cholernie potrzebował.
W pewien sposób chyba czuł niedosyt. Nie spodziewał się fajerwerków, ale czegoś, co zrobi na nim większe wrażenie. Bo skoro tyle czasu męczyli się, doświadczając różnych, niepożądanych symptomów łączącej ich więzi, to kiedy to rozejdzie się po kościach, zrobi to w podobny sposób. Może liczył na to, że żołądek znowu zwiąże się w supeł, jak za każdym razem, kiedy czuł że Brenna była w niebezpieczeństwie, albo że ona rzygnie kwiatami.
Przyjrzał się jej nieco uważniej, nie wiedząc do końca co myśleć o uśmiechu, który pojawił się na jej ustach i czy nie powinien się go przypadkiem bać. Zaraz jednak złapał się na tym, że właśnie - nie miał już czego. Jeśli łamanie podziałało, a na to w sumie wyglądało, biorąc pod uwagę charakterystyczne uczucie pęknięcia, które im towarzyszyło, to tej nocy powinien spać snem sprawiedliwego, podczas gdy ona będzie robić nie wiadomo co i nie wiadomo gdzie.
Szkoda tylko, że kiedy tylko ta myśl przetoczyła mu się po głowie poczuł ukłucie rozczarowania? I kiedy sobie to uświadomił, na moment się przeraził, bo chyba za bardzo przyzwyczaił się do stanu który dzielili ostatnimi czasy. Stał się dla niego rutyną, nawet jeśli bardzo nieprzyjemną i pozwalał skupić uwagę na tym jak bardzo było to niewygodne, jak go to irytowało i jednocześnie, że dzięki niemu czuł namiastkę jakiejś większej więzi, nawet jeśli z Brenną w sumie było mu naprawdę nie po drodze. Zbyt skomplikowane w sumie to wszystko było dla niego, tym bardziej że nigdy nie był przesadnie za pan brat z kłębiącymi się w nim emocjami. Ale może dlatego właśnie, tak dziwacznie mu teraz było, kiedy pozbawiony drażniących efektów więzi, był zmuszony dostrzec i uporać się z tym jak samotny czuł się przez kryjący się w nim chłód i stratę Elaine.
Wylazł z tego kręgu za nią niespiesznie, w nienaturalny dla siebie sposób powstrzymując się i walcząc, żeby nie przyjrzeć się Brennie uważniej i zwrócić uwagę na otaczającą ją aurę. Nagle zwyczajnie nie chciał wiedzieć, co czuła w tym momencie, orientując się że najpierw musiał posortować swoje własne myśli i emocje.
Nawet się nie wzruszył specjalnie, kiedy wyciągnęła pękaty mieszek dla Crouch, będący zapłatą za przeprowadzoną usługę. Jakoś w tym wszystkim, kiedy Brenna wyznaczyła mu termin łamania, zwyczajnie nie pomyślał o tym, ze ktoś musiał za to wszystko zapłacić. Teraz natomiast było chyba odrobinę za późno, jeśli chodziło o przepychanki związane z tym, kto miał za to zapłacić, albo najlepiej, żeby złożyli się po połowie. Ale jakby nie patrzeć, Brenna ani na biedną nie wyglądała, ani też Longbottomowie do takich nie należeli, więc od jednego mieszka zapewne nie ubędzie im zbyt wiele w skrytce w Banku Gringotta.
- Cześć - rzucił, nieco unosząc brwi na to, co miała mu dalej do powiedzenia, ostatecznie kręcąc lekko głową, ale i też uśmiechając się lekko. - Nie pomagasz... - rzucił, niby to krytycznie, ale mimo wszystko w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. W sumie mógł się tego spodziewać, że ustawiła sobie plany tak, żeby jeszcze tego samego dnia w ogóle sprawdzić, czy popełnione przez Letę łamanie faktycznie zadziałało. Chociaż pytanie, czy wizyta o Crouch nie pojawiła się w jej kalendarzu dopiero po tym, jak Brenna zaplanowała sobie dzisiejszy wieczór. W każdym razie, szczęście się do niego nieco uśmiechnęło, pozwalając wreszcie zaczerpnąć zasłużonego odpoczynku. Machnął jej jeszcze niedbale dłonią na pożegnanie, nawet jeśli miała już tego nie zauważyć, bo pomknęła szybko do drzwi, a on został z klątwołamaczką sam.
- Nie, nie mam. Ale dziękuję, że znalazła pani dla nas czas. No i zawsze dobrze wiedzieć, gdzie można znaleźć utalentowanego klątwołamacza - odparł, uśmiechając się do niej nonszalancko. - Też będę się zbierał. Do widzenia i miłego dnia - kiwnął jej jeszcze głową na pożegnanie i sam udał się do drzwi wejściowych, opuszczając kamienicę należącą do Crouch. W przeciwieństwie jednak do Longbottom, swoje kroki skierował nie w stronę najbliższego punktu teleportacyjnego, a zwyczajnie w kierunku w którym Pokątna przecinała się z Aleją Horyzontalną. Postanowił zrobić sobie spacer, dla ukojenia myśli i zapalenia papierosa, którego teraz tak cholernie potrzebował.
Koniec sesji