08.12.2023, 04:49 ✶
Podrygiwała sobie lekko, do melodii która leciała jej w głowie i słów, które momentami bezgłośnie poruszały się usta. Był to jeden z ostatnich hitów czarodziejskiego świata muzyki, które katowało od tygodnia magiczne radio. Melodia wlatywała w ucho zanim ktoś zdążył się obejrzeć i tkwiła tam, zagnieżdżając się bezwzględnie.
Oj.
Czy to było szturchnięcie? Czy może znowu wpadła na kogoś, kiedy zgubiła na moment krok, potykając się o te kocie łby, którymi wybrukowana była Pokątna? Ale potem doznała czegoś, na co nikt nigdy w jej życiu się nie odważył, bo powiedzmy sobie szczerze - Dora obracała się w takich kręgach towarzyskich, gdzie nikomu nigdy takie zagrania raczej nie przeszły w stosunku jej osoby.
Pisnęła, a może raczej spróbowała, bo jednocześnie zatchnęła się całym tym niedowierzaniem, którego właśnie doświadczyła. Obróciła się i tak jak przed chwilą jeszcze gotowa była z całego serca przeprosić kogoś, kogo nieostrożnie zaczepiła, tak teraz równie skora była do zrugania go od góry do dołu, a potem jeszcze zgłoszenia jego rysopisu do Brenny.
Kiedy jednak wykonała ten swój oburzony obrót o 180 stopni, trzymając się jednocześnie za ten zbezczeszczony pośladek, jakby złoczyńca miał jej zaraz ponownie w niego strzelić, nikogo tam nie było. Tylko cień, który przemknął obok niej (bo Dora oczywiście obróciła nie przez to ramię, obok którego Charles przeszedł). Odwróciła się za nim, finalnie zwyczajnie obracając się dookoła własnej osi, jak nakręcony bączek, w porę jednak by wyłapać ten szelmowski uśmiech.
Jeśli o dezorientację panu chodziło, to obrał jak najlepszą metodę, bo sama nie wiedziała co powiedzieć i ją wmurowało dosłownie w miejsce, ale myśli już pędziły nie ku sielankowej poczytance w Warowni, a do momentu jak absurdalnie oburzona składa Brennie rysopis jegomościa. Ale chwila. Zmarszczyła brwi, kiedy nagle sobie uświadomiła, że coś jej tutaj nie pasuje, bo jak się tak za ten pośladek trzymała, to nic jej nie przeszkadzało. Nic nie ciążyło w kieszeni i nie wypychało jej nieco, a to znaczyło, że...
- Chwila moment - krzyknęła za chłopakiem, w pośpiechu pakując te swoje książki do torby i w myślach przepraszając te roślinę, która już tam siedziała i której pędy zaraz się pogniotą, liście porozrywają i w ogóle trzeba będzie ją w domu ratować, ale nie było to teraz aż tak ważne. Nie w perspektywie tego, że właśnie ją okradziono i w sumie to pal licho te galeony, to co liczyło się najbardziej to żaba-portmonetka. - Stój! Stój mówię! - wrzasnęła już, rozgorączkowana, kiedy już wepchnęła tomiszcze do paszczy torby i rzuciła się biegiem za złodziejem.
biegne niczym szczała, zara cie złapie
Oj.
Czy to było szturchnięcie? Czy może znowu wpadła na kogoś, kiedy zgubiła na moment krok, potykając się o te kocie łby, którymi wybrukowana była Pokątna? Ale potem doznała czegoś, na co nikt nigdy w jej życiu się nie odważył, bo powiedzmy sobie szczerze - Dora obracała się w takich kręgach towarzyskich, gdzie nikomu nigdy takie zagrania raczej nie przeszły w stosunku jej osoby.
Pisnęła, a może raczej spróbowała, bo jednocześnie zatchnęła się całym tym niedowierzaniem, którego właśnie doświadczyła. Obróciła się i tak jak przed chwilą jeszcze gotowa była z całego serca przeprosić kogoś, kogo nieostrożnie zaczepiła, tak teraz równie skora była do zrugania go od góry do dołu, a potem jeszcze zgłoszenia jego rysopisu do Brenny.
Kiedy jednak wykonała ten swój oburzony obrót o 180 stopni, trzymając się jednocześnie za ten zbezczeszczony pośladek, jakby złoczyńca miał jej zaraz ponownie w niego strzelić, nikogo tam nie było. Tylko cień, który przemknął obok niej (bo Dora oczywiście obróciła nie przez to ramię, obok którego Charles przeszedł). Odwróciła się za nim, finalnie zwyczajnie obracając się dookoła własnej osi, jak nakręcony bączek, w porę jednak by wyłapać ten szelmowski uśmiech.
Jeśli o dezorientację panu chodziło, to obrał jak najlepszą metodę, bo sama nie wiedziała co powiedzieć i ją wmurowało dosłownie w miejsce, ale myśli już pędziły nie ku sielankowej poczytance w Warowni, a do momentu jak absurdalnie oburzona składa Brennie rysopis jegomościa. Ale chwila. Zmarszczyła brwi, kiedy nagle sobie uświadomiła, że coś jej tutaj nie pasuje, bo jak się tak za ten pośladek trzymała, to nic jej nie przeszkadzało. Nic nie ciążyło w kieszeni i nie wypychało jej nieco, a to znaczyło, że...
- Chwila moment - krzyknęła za chłopakiem, w pośpiechu pakując te swoje książki do torby i w myślach przepraszając te roślinę, która już tam siedziała i której pędy zaraz się pogniotą, liście porozrywają i w ogóle trzeba będzie ją w domu ratować, ale nie było to teraz aż tak ważne. Nie w perspektywie tego, że właśnie ją okradziono i w sumie to pal licho te galeony, to co liczyło się najbardziej to żaba-portmonetka. - Stój! Stój mówię! - wrzasnęła już, rozgorączkowana, kiedy już wepchnęła tomiszcze do paszczy torby i rzuciła się biegiem za złodziejem.
biegne niczym szczała, zara cie złapie
Rzut O 1d100 - 77
Sukces!
Sukces!
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.