08.12.2023, 07:25 ✶
- Kiedyś słyszałem, że we Francuskim Ministerstwie mają takie koty, które wykorzystują do obsługiwania korespondencji, albo też czasem do ochrony - zajrzał do kolejnej teczki, tylko po to by przejrzeć ją pobieżnie i odłożyć na miejsce ze zrezygnowanym westchnięciem. - Nie wiem dokładnie jak to działa, ale może nasi powinni się zainspirować i zamiast do korespondencji, przyuczyć je do archiwum. - rzucił, całkiem nawet entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu, ale w tym momencie chyba wszystko co wpadłoby mu do głowy i wiązało się z usprawnieniem tej syzyfowej pracy mogło liczyć się z podobnym przyjęciem.
- Wiesz co? To brzmi w sumie nie tak głupio. Nawet byłbym w stanie się z kimś założyć, że jest to prawdziwy powód takiego stanu rzeczy - przyznał po chwili zastanowienia, a tego typu deklaracja z jego strony to była dość potężna rzecz, bo jakby nie patrzeć, gotowy był wygrywać za wszelką cenę, a obstawianie pewniaka to już była połowa sukcesu. Fakt, że to brzmiało jakby nie musiał przy tym kantować, to wręcz błogosławieństwo.
- Akurat od naszego... albo w sumie nie. Nawet nie mam szans go wybronić, bo nasze archiwum to chyba brat bliźniak tego tutaj - odpowiedział ze skwaszoną miną, gdzieś w międzyczasie machając zrezygnowany ręką, kiedy odpuścił sobie jakiekolwiek bronienie zaistniałego stanu rzeczy. Każdy widział i wiedział jak było. Te ich dwanaście godzin grzebania tam to i tak nie była jeszcze aż taka straszna liczba, bo słyszał któregoś razy plotki o zaginięciu na cały tydzień. Podobno znaleziono faceta całkiem wykończonego, bibrzącego coś o teczkach ukrytych w teczkach i zmieniającym się układzie szafek.
Powiódł spojrzeniem za jej palcem, oceniając wysokość. Matka natura obdarzyła go dość wysokim wzrostem, więc kiedy Brenna obejrzała się za drabiną, on z całą pewnością siebie wyciągnął ręce ku górze. Jego różdżka wciąż robiła im za źródło światła, a poza tym był absolutnie pewien, że da sobie radę. Nawet złapał ten stos akt, ale tak w połowie. No i musiał stanąć trochę na palcach.
- Spokojnie, mam to.
Każdy wiedział, że były to wręcz idealne słowa do wypowiedzenia na chwilę przed tragedią. Co prawda nikt nie mógł tutaj zginąć, a przynajmniej nie śmiertelnie - co najwyżej na paręnaście godzin, ale dodatkowe godziny roboty nikomu nie były w smak.
Niestety, tak naprawdę tego nie miał. Zdążył w sumie opaść na pięty i złapać równowagę, ale tylko w pozorny sposób, bo teczki przechyliły się zaraz i kiedy jeszcze miał nadzieję, że uda mu się je wybalansować, te całkiem straciły równowagę i poleciały w dół. Oczywiście, że w ten nieznośny sposób, w którym rozkładają się i znajdujące się wewnątrz papiery wysypują się wręcz malowniczo, otaczając ich niczym opadające płatki śniegu, gwałtownie zerwane przez wiatr i przysłaniające światło różdżki.
A może słońca?
To chyba było jednak słońce, prześwitujące ledwo bo ledwo przez gęste chmury grudniowego dnia. Ostatni mecz przed przerwą świąteczną zbliżał się coraz większymi krokami, a przez to i zwiększali obroty na treningach, chcąc wypaść jak najlepiej. Te momenty spełnione na boisku były dla Atreusa jednymi z nielicznych, kiedy całkowicie koncentrował się na tym co właśnie robił. Teraz też zacisnął palce mocniej na trzymanej w dłoni pałce, kiedy spojrzenie oderwało się od pałkarza przeciwnej drużyny i pomknął w stronę ścigającego.
Zanurkował, nie spuszczając z oczu rozpędzonej piłki, która mknęła przez boisko w jednym konkretnym celu - żeby uszkodzić kolejnego zawodnika i chociaż chwilowo wykluczyć go z gry. Na całe szczęście, Bulstrode w porę wyhamował i zamachnął się, uderzając w tłuczek mocno i celnie. Jakkolwiek jednak skoncentrowany na tym zadaniu nie był, nie mógł przewidzieć tego, że jego cel w który odbił piłkę, całkiem zwinnie uniknie ciosu, tylko po to by ta poleciała dalej, jak zwykle wściekle szukając celu, który znalazła na trybunach.
To był ten charakterystyczny odgłos, jaki wydawał tłuczek, kiedy na kogoś wpadł, a Atreus miał czasem wrażenie, że mógłby go rozpoznać i w środku nocy. Pewnie też lepiej by działał od budzika, gdyby go nagrać i puścić mu, bo aż za dużo razy sam tym tłuczkiem dostał, żeby kojarzył mu się jakkolwiek przyjemnie.
Tylko czemu miał wrażenie, że wcześniej o tym zapomniał? Zgubił gdzieś to wspomnienie, mimo że teraz wydawało mu się tak wyraźne, że kiedy złapał się go kurczowo, skupiając na każdym szczególe, miał wrażenie że był w stanie nawet rozpoznać te dziewczynę, która oberwała tłuczkiem. A może było to też za sprawą tego, że pamiętał jak jej koleżanka wydarła się, kiedy tamta padła na trybuny?
Zamrugał, marszcząc przy tym brwi, łącząc nagle kropki. On znał te dziewczynę. Tyle, że to już wcale nie była dziewczyna, a kobieta, urzędniczka Ministerstwa, członkini Brygady Uderzeniowej, pani detektyw.
Zacisnął palce na tych paru pękatych teczkach, co mu jeszcze w dłoniach zostały, a potem spojrzał w bok, na Brennę i nawet chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział w sumie co.
- Cholera - warknął wreszcie, opadając na kolana, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że dookoła nich podłoga była zasypana papierami, które teraz musieli posortować i powkładać do tych nieszczęsnych teczek. - Nic ci nie jest? - zapytał, łapiąc w ręce parę kartek i sprawdzając znajdujące się na nich daty. Od takiej ilości papieru nikt jeszcze nie umarł, ale hej, przecież zacięcie kartką wydaje się boleć najbardziej na świecie, prawda?
- Wiesz co? To brzmi w sumie nie tak głupio. Nawet byłbym w stanie się z kimś założyć, że jest to prawdziwy powód takiego stanu rzeczy - przyznał po chwili zastanowienia, a tego typu deklaracja z jego strony to była dość potężna rzecz, bo jakby nie patrzeć, gotowy był wygrywać za wszelką cenę, a obstawianie pewniaka to już była połowa sukcesu. Fakt, że to brzmiało jakby nie musiał przy tym kantować, to wręcz błogosławieństwo.
- Akurat od naszego... albo w sumie nie. Nawet nie mam szans go wybronić, bo nasze archiwum to chyba brat bliźniak tego tutaj - odpowiedział ze skwaszoną miną, gdzieś w międzyczasie machając zrezygnowany ręką, kiedy odpuścił sobie jakiekolwiek bronienie zaistniałego stanu rzeczy. Każdy widział i wiedział jak było. Te ich dwanaście godzin grzebania tam to i tak nie była jeszcze aż taka straszna liczba, bo słyszał któregoś razy plotki o zaginięciu na cały tydzień. Podobno znaleziono faceta całkiem wykończonego, bibrzącego coś o teczkach ukrytych w teczkach i zmieniającym się układzie szafek.
Powiódł spojrzeniem za jej palcem, oceniając wysokość. Matka natura obdarzyła go dość wysokim wzrostem, więc kiedy Brenna obejrzała się za drabiną, on z całą pewnością siebie wyciągnął ręce ku górze. Jego różdżka wciąż robiła im za źródło światła, a poza tym był absolutnie pewien, że da sobie radę. Nawet złapał ten stos akt, ale tak w połowie. No i musiał stanąć trochę na palcach.
- Spokojnie, mam to.
Każdy wiedział, że były to wręcz idealne słowa do wypowiedzenia na chwilę przed tragedią. Co prawda nikt nie mógł tutaj zginąć, a przynajmniej nie śmiertelnie - co najwyżej na paręnaście godzin, ale dodatkowe godziny roboty nikomu nie były w smak.
Niestety, tak naprawdę tego nie miał. Zdążył w sumie opaść na pięty i złapać równowagę, ale tylko w pozorny sposób, bo teczki przechyliły się zaraz i kiedy jeszcze miał nadzieję, że uda mu się je wybalansować, te całkiem straciły równowagę i poleciały w dół. Oczywiście, że w ten nieznośny sposób, w którym rozkładają się i znajdujące się wewnątrz papiery wysypują się wręcz malowniczo, otaczając ich niczym opadające płatki śniegu, gwałtownie zerwane przez wiatr i przysłaniające światło różdżki.
A może słońca?
To chyba było jednak słońce, prześwitujące ledwo bo ledwo przez gęste chmury grudniowego dnia. Ostatni mecz przed przerwą świąteczną zbliżał się coraz większymi krokami, a przez to i zwiększali obroty na treningach, chcąc wypaść jak najlepiej. Te momenty spełnione na boisku były dla Atreusa jednymi z nielicznych, kiedy całkowicie koncentrował się na tym co właśnie robił. Teraz też zacisnął palce mocniej na trzymanej w dłoni pałce, kiedy spojrzenie oderwało się od pałkarza przeciwnej drużyny i pomknął w stronę ścigającego.
Zanurkował, nie spuszczając z oczu rozpędzonej piłki, która mknęła przez boisko w jednym konkretnym celu - żeby uszkodzić kolejnego zawodnika i chociaż chwilowo wykluczyć go z gry. Na całe szczęście, Bulstrode w porę wyhamował i zamachnął się, uderzając w tłuczek mocno i celnie. Jakkolwiek jednak skoncentrowany na tym zadaniu nie był, nie mógł przewidzieć tego, że jego cel w który odbił piłkę, całkiem zwinnie uniknie ciosu, tylko po to by ta poleciała dalej, jak zwykle wściekle szukając celu, który znalazła na trybunach.
To był ten charakterystyczny odgłos, jaki wydawał tłuczek, kiedy na kogoś wpadł, a Atreus miał czasem wrażenie, że mógłby go rozpoznać i w środku nocy. Pewnie też lepiej by działał od budzika, gdyby go nagrać i puścić mu, bo aż za dużo razy sam tym tłuczkiem dostał, żeby kojarzył mu się jakkolwiek przyjemnie.
Tylko czemu miał wrażenie, że wcześniej o tym zapomniał? Zgubił gdzieś to wspomnienie, mimo że teraz wydawało mu się tak wyraźne, że kiedy złapał się go kurczowo, skupiając na każdym szczególe, miał wrażenie że był w stanie nawet rozpoznać te dziewczynę, która oberwała tłuczkiem. A może było to też za sprawą tego, że pamiętał jak jej koleżanka wydarła się, kiedy tamta padła na trybuny?
Zamrugał, marszcząc przy tym brwi, łącząc nagle kropki. On znał te dziewczynę. Tyle, że to już wcale nie była dziewczyna, a kobieta, urzędniczka Ministerstwa, członkini Brygady Uderzeniowej, pani detektyw.
Zacisnął palce na tych paru pękatych teczkach, co mu jeszcze w dłoniach zostały, a potem spojrzał w bok, na Brennę i nawet chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział w sumie co.
- Cholera - warknął wreszcie, opadając na kolana, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że dookoła nich podłoga była zasypana papierami, które teraz musieli posortować i powkładać do tych nieszczęsnych teczek. - Nic ci nie jest? - zapytał, łapiąc w ręce parę kartek i sprawdzając znajdujące się na nich daty. Od takiej ilości papieru nikt jeszcze nie umarł, ale hej, przecież zacięcie kartką wydaje się boleć najbardziej na świecie, prawda?