08.12.2023, 07:46 ✶
– Och nie, proszę, tylko nie koty. Jeżeli koty zaczęłyby pracować w naszym archiwum, ja przestałabym pracować, bo… no cały czas siedziałabym w archiwum i głaskała koty – roześmiała się Brenna, oczyma wyobraźni widząc te kocie stada, przechadzające się pomiędzy regałami w archiwum, przenoszącymi teczki w pyszczkach i samą siebie, tonącą pod ciężarem kocich zabawek i przysmaków, bo przecież za żadne skarby nie zdołałaby się opanować.
To była absurdalna wizja, ale Brenna lubiła absurdy. I… cóż, gadała, jak zwykle robiła do większości ludzi. Do Atreusa dotąd nie, bo nie wydawał się kimś skłonnym znosić ją dłużej niż przez trzy minuty, ale najwyraźniej odrobina magii zwiększała jego tolerancję na tę nudną pannę z Brygady.
– Niestety, nikt nigdy nie rozstrzygnie tego zakładu, bo Niewymowni są… Niewymowni. Pewnie nic nie powiedzą. Chyba że zamkniemy gdzieś twoich ojca i wuja i mojego wuja, i będziemy ich karmić tylko suchym chlebem z wodą, póki nie zdradzą tej tajemnicy, w tle puszczając muzykę Celestyny Warbeck, tak dla lepszego efektu. Ale chyba trochę by się na nas pogniewali. Jak nie o suchy chleb, to o Celestynę.
Rzuciła mu nieco rozbawione spojrzenie, kiedy zaczął o „akurat od naszego”, jakby ciekawa, w jaki to sposób będzie bronił wspaniałych, aurorskich archiwów. W których pewnie wyglądało to jeszcze gorzej, bo żadna Brenna nie wpadała tam raz na dwa lata, w heroicznej próbie… no, nie zrobienia porządku, bo to akurat nie było możliwe, ale ograniczenia chaosu. I uśmiechnęła się tylko jeszcze szerzej, kiedy dostrzegła jego skwaszoną minę.
Nie zdążyła zaprotestować przeciwko ściąganiu teczek po prostu po nie sięgając. Ledwo sekundę później odruchowo osłoniła głowę, kiedy papiery zleciały na nich oboje, a potem zaczęły ścielić się wokół nich. Zaklęła pod nosem i zerknęła na Atreusa, który przez moment… stał jakoś tak zapatrzony w przestrzeń, a potem spojrzał na nią na tyle dziwnie, że niemal natychmiast skojarzyła to z Mavelle i Victorią. W tych momentach, w których dosięgały ich szepty limbo, a w głowach budziły się cudze wspomnienia. Spoglądała na niego podejrzliwie, marszcząc brwi, gdy wreszcie odezwał się po tym krótkim momencie zacięcia.
Bywało gorzej. Nie mdlał i nie chciał biec na Nokturn.
Ale przecież twierdził, że nie ma wspomnień, a Mavelle i Patrick powtarzali to samo – Atreus dotarł później. Nie miał możliwości stanąć twarzą w twarz z duchem, który wyszedł mu na spotkanie. W takim razie… po prostu się zamyślił? Akurat kiedy papier spadał z nieba, znaczy się z szafy?
Z własną, nie tak dawną przygodą – z wspomnieniem, przebudzonym w górach – na razie tej sytuacji nie skojarzyła.
– Cała i zdrowa, jak chcesz się mnie pozbyć, musisz się bardziej postarać i zrzucić na mnie najmniej tę szafę – odparła po chwili, też przyklękając i zabierając się za zgarnianie teczek i papierów, starając się zadbać o to, aby jednak trafiały mniej więcej tam, gdzie trafić miały. I rozglądając za tą konkretną teczką, po którą chwilę temu sięgał. Zawahała się na moment, nim uniosła na niego wzrok. – W porządku? – zapytała, trochę niepewnie, i wcale nie miała na myśli tego, czy nie oberwał w głowę morderczym papierem.
To była absurdalna wizja, ale Brenna lubiła absurdy. I… cóż, gadała, jak zwykle robiła do większości ludzi. Do Atreusa dotąd nie, bo nie wydawał się kimś skłonnym znosić ją dłużej niż przez trzy minuty, ale najwyraźniej odrobina magii zwiększała jego tolerancję na tę nudną pannę z Brygady.
– Niestety, nikt nigdy nie rozstrzygnie tego zakładu, bo Niewymowni są… Niewymowni. Pewnie nic nie powiedzą. Chyba że zamkniemy gdzieś twoich ojca i wuja i mojego wuja, i będziemy ich karmić tylko suchym chlebem z wodą, póki nie zdradzą tej tajemnicy, w tle puszczając muzykę Celestyny Warbeck, tak dla lepszego efektu. Ale chyba trochę by się na nas pogniewali. Jak nie o suchy chleb, to o Celestynę.
Rzuciła mu nieco rozbawione spojrzenie, kiedy zaczął o „akurat od naszego”, jakby ciekawa, w jaki to sposób będzie bronił wspaniałych, aurorskich archiwów. W których pewnie wyglądało to jeszcze gorzej, bo żadna Brenna nie wpadała tam raz na dwa lata, w heroicznej próbie… no, nie zrobienia porządku, bo to akurat nie było możliwe, ale ograniczenia chaosu. I uśmiechnęła się tylko jeszcze szerzej, kiedy dostrzegła jego skwaszoną minę.
Nie zdążyła zaprotestować przeciwko ściąganiu teczek po prostu po nie sięgając. Ledwo sekundę później odruchowo osłoniła głowę, kiedy papiery zleciały na nich oboje, a potem zaczęły ścielić się wokół nich. Zaklęła pod nosem i zerknęła na Atreusa, który przez moment… stał jakoś tak zapatrzony w przestrzeń, a potem spojrzał na nią na tyle dziwnie, że niemal natychmiast skojarzyła to z Mavelle i Victorią. W tych momentach, w których dosięgały ich szepty limbo, a w głowach budziły się cudze wspomnienia. Spoglądała na niego podejrzliwie, marszcząc brwi, gdy wreszcie odezwał się po tym krótkim momencie zacięcia.
Bywało gorzej. Nie mdlał i nie chciał biec na Nokturn.
Ale przecież twierdził, że nie ma wspomnień, a Mavelle i Patrick powtarzali to samo – Atreus dotarł później. Nie miał możliwości stanąć twarzą w twarz z duchem, który wyszedł mu na spotkanie. W takim razie… po prostu się zamyślił? Akurat kiedy papier spadał z nieba, znaczy się z szafy?
Z własną, nie tak dawną przygodą – z wspomnieniem, przebudzonym w górach – na razie tej sytuacji nie skojarzyła.
– Cała i zdrowa, jak chcesz się mnie pozbyć, musisz się bardziej postarać i zrzucić na mnie najmniej tę szafę – odparła po chwili, też przyklękając i zabierając się za zgarnianie teczek i papierów, starając się zadbać o to, aby jednak trafiały mniej więcej tam, gdzie trafić miały. I rozglądając za tą konkretną teczką, po którą chwilę temu sięgał. Zawahała się na moment, nim uniosła na niego wzrok. – W porządku? – zapytała, trochę niepewnie, i wcale nie miała na myśli tego, czy nie oberwał w głowę morderczym papierem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.