Murtagh wiedział, że wręcza Wardowi broń. Wbrew temu co zapewne sądzili o nim jego towarzysze, nie był też kompletnie szalony ani nie miał tendencji autodestrukcyjnych. No, może odrobinę. Sęk w tym, że to co robił wcale nie miało na celu narazić kogokolwiek z obecnych, choć był świadomy, że tak właśnie mogło się stać. Była to raczej analiza natury ludzkiej, a w szczególności tego konkretnego człowieka, który siedział w fotelu przed nim. Macmillan pragnął udowodnić, że instynkt samozachowawczy Tristana będzie silniejszy niż więzy rodzinne. Że Ward w końcu zdradzi rodziców, staczając się tak nisko jak tylko istota ludzka mogła.
W całej swojej przebiegłości, Murtagh nie przewidział jednak do końca, że dla Warda utrata swojego człowieczeństwa mogła okazać się gorszą perspektywą niż utrata życia rodziców czy nawet własnego. Kiedy więc Ward przyjął od niego nóż, po czym się na niego rzucił, mężczyzna mógł zareagować jedynie zdziwionym spojrzeniem jasny oczu, które widać było spod maski. Uderzenie rozpłatało jego czarną szatę, przebiło się też przez noszoną przez niego pod spodem białą koszulę i nie zatrzymało się nawet tam. Ostrze cięło dalej, niczym płoza łyżwy przemykająca po tafli lodu - wnikając w tkanki jego ciała, posyłając przez niego całego gorącą falę bólu. Co więcej, przez ich bliskość, sama siła ciosu odrzuciła mężczyznę do tyłu, sprawiając że upadł, uderzając tyłem głowy o kamienny kominek.
Murtagh poczuł tańczące mu przed oczyma cienie i na kilka sekund wyłączony został z walki, mogąc tylko obserwować roztaczającą się przed nim scenę. Czuł jak krew - ciepła i lepka - wypływa z rany, plamiąc koszulę. Na szczęście ostrze zsunęło się po żebrach, nie robiąc mu żadnej poważnej krzywdy, ale sam ból i fakt tego, że Wardowi udało się go zranić go irytował. Wiedział już, co powie na ten temat blondwłosa pół-wila, kiedy nieuchronnie pojawi się na progu jej mieszkania i to sprawiało, że cała ta sytuacja jeszcze bardziej go irytowała.
Powoli podniósł się do góry, opierając jedną dłoń na kolanie, w drugiej zaś wciąż dzierżąc różdżkę. Ona też miał już dość i jak dla niego Lestrange mógł zrobić z aurorem co tylko zapragnął - niech mu utnie język, rękę czy jądra, tylko niech sprawi, żeby tamten pożałował, że odważył się zaatakować jednego ze Śmierciożerców. Świadomy, że długotrwała utrata krwi może mu zaszkodzić, nawet jeśli rana sama w sobie nie była śmiertelna, uniósł różdżkę i wycelował ją w starego Warda.
- Lacera maxima. - wykrztusił, patrząc jak setki większych i mniejszych cięć zaczynają znaczyć całe jego ciało, a w ich efekcie na ubraniu mugola pojawiają się czerwone plamy, wykwitając niczym osobliwe róże. Mężczyzna krzyczał i wzywał pomocy syna, ale było to zupełnie bezcelowe z dwóch powodów. Po pierwsze Tristan miał teraz bardziej palące problemy z Rudolfem a po drugie zaklęcie raz rozpoczęte, nie mogło już zostać przerwane.
Po około dwóch minutach, rozciągających się w wieczność krzyków, jęków i błagań, Adam Ward znieruchomiał.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London