08.12.2023, 16:57 ✶
Trudno, bardzo trudno było nie poczuć swego rodzaju satysfakcji, że jej cios sięgnął celu. Nie przytrzymywała (nie)szczęśnika (chcącemu nie dzieje się krzywda, więc to „nie” jakieś takie mocno naciągane; wprawdzie nie mogli się spodziewać, że trafią na wyszkolone kobiety, ale… chyba musieli mieć z tyłu głowy możliwość, że panienki nie będą bezbronnie piszczeć wniebogłosy, co?
Odstąpiła, zerkając kontrolnie, co dzieje się u Brenny – wyglądało na to, że znakomicie poradziła sobie ze swoimi przeciwnikami. Świetnie, może następnym razem zastanowią się z kilka razy, a może jednak, jakimś cudem (bo to musiałby być cud, żeby rozumu nabrali) następny raz nigdy nie nastąpi.
Szkoda, że byłoby chyba wręcz zbyt pięknie.
- Dobra robota – rzuciła pod adresem kuzynki, bardzo chłodnym spojrzeniem odprowadzając trójkę niedoszłych napastników. Skłamałaby, gdyby stwierdziła, że nie przyszło jej na myśl na pożegnanie ugryźć ich jeszcze w zadek, ale raz, że myśl o poczuciu tych zadków w pysku wręcz brzydziła, a dwa – jak będą potem tłumaczyć, że ni z gruszki, ni z pietruszki, w środku miasta pojawiło się wilczysko?
- To raczej ich należałoby pytać – zakpiła lekko, schylając się po plecak. Znaczy się, z nią samą najwyraźniej wszystko było w jak najlepszym porządku… ale czy na pewno? Złapała swój bagaż, uniosła, chyba z zamiarem zarzucenia go na ramię i… błysk. Kolejny.
Deszcz się nasilał, żywioł uwalniał swą furię. A Bones… Bones może i zakpiła, lecz przecież też była zła. Ta trójka? To tylko kropelka w całej czarze pełnej goryczy. Uniosła twarz ku niebu, tknięta jakąś dziwną myślą. Złość. Zła. Błysk. Zdawała się nie czuć, jak strugi wody po niej spływają. Wtedy też była zła, kiedy, kiedy…
… jak mogła tego nie pamiętać? Zarzutów, że jak to, chce wyskoczyć na miasto? I to nie po to, żeby zakupy zrobić, a się spotkać? I nie, pewnie nawet nie z kuzynką, tylko jakimś, jakimś…
Aż zacisnęła mocno szczęki i dłonie. Tyle czasu.
Tyle czasu i nadal ją to wkurwiało, nawet jeśli ten buc stał się już przeszłością i jedynie błotem, które strzepywała ze swych butów.
Odstąpiła, zerkając kontrolnie, co dzieje się u Brenny – wyglądało na to, że znakomicie poradziła sobie ze swoimi przeciwnikami. Świetnie, może następnym razem zastanowią się z kilka razy, a może jednak, jakimś cudem (bo to musiałby być cud, żeby rozumu nabrali) następny raz nigdy nie nastąpi.
Szkoda, że byłoby chyba wręcz zbyt pięknie.
- Dobra robota – rzuciła pod adresem kuzynki, bardzo chłodnym spojrzeniem odprowadzając trójkę niedoszłych napastników. Skłamałaby, gdyby stwierdziła, że nie przyszło jej na myśl na pożegnanie ugryźć ich jeszcze w zadek, ale raz, że myśl o poczuciu tych zadków w pysku wręcz brzydziła, a dwa – jak będą potem tłumaczyć, że ni z gruszki, ni z pietruszki, w środku miasta pojawiło się wilczysko?
- To raczej ich należałoby pytać – zakpiła lekko, schylając się po plecak. Znaczy się, z nią samą najwyraźniej wszystko było w jak najlepszym porządku… ale czy na pewno? Złapała swój bagaż, uniosła, chyba z zamiarem zarzucenia go na ramię i… błysk. Kolejny.
Deszcz się nasilał, żywioł uwalniał swą furię. A Bones… Bones może i zakpiła, lecz przecież też była zła. Ta trójka? To tylko kropelka w całej czarze pełnej goryczy. Uniosła twarz ku niebu, tknięta jakąś dziwną myślą. Złość. Zła. Błysk. Zdawała się nie czuć, jak strugi wody po niej spływają. Wtedy też była zła, kiedy, kiedy…
… jak mogła tego nie pamiętać? Zarzutów, że jak to, chce wyskoczyć na miasto? I to nie po to, żeby zakupy zrobić, a się spotkać? I nie, pewnie nawet nie z kuzynką, tylko jakimś, jakimś…
Aż zacisnęła mocno szczęki i dłonie. Tyle czasu.
Tyle czasu i nadal ją to wkurwiało, nawet jeśli ten buc stał się już przeszłością i jedynie błotem, które strzepywała ze swych butów.