Łatwo było czegoś żałować. Zbyt łatwo. Popełnić błędy, których nie dało się cofnąć. W te błędy wpisywane były emocje. Jak czerń spodni Flynna przeszyte czerwonymi nićmi. Rzucającymi się w oczy i niekoniecznie idealnie komponującymi z tym, co artysta chciał przekazać. Emocje rzucały się na umysł, który był dla nich pożywką. Wygłodzone, umęczone wędrówką, chciały dorwać się do kawałka mięsa, który nie był przyzwyczajony do bronienia się przed nimi. Łatwo było więc żałować błędów. I zarazem popełniać je raz za razem - w kółko te same.
Utrzymał różdżkę w dłoni, ale odepchnięta dłoń sprawiła, że zaklęcie strzeliło na bok zaburzając względnie równą, wydeptaną przed przyczepą trawę. Strach osiadł w głębi jego brzucha i ścisnął żołądek, gdy to się nie powiodło - a Flynn ledwo muśnięty zaklęciem wyszarpnął się z niego i znalazł już przy nim. W końcu to takie naturalne - nie chcesz czuć bólu. Kurwa, w ogóle nie chcesz tu czuć! Nie chcesz przeżywać, nie chcesz się bać! Przed obliczem chwili i w mrugnięciu oka życzenia były nieważkie. Pobożne modły nie wysłuchane nawet przez Diabła.
Pokręcił głową leciuteńko w lewo i prawo, w niemym nie... ukształtowanym w umyśle zanim nadszedł cios. Ze ściągniętymi brwiami, z proszącym wzrokiem, z... ach, nie ważne. Ważne było to, że wszystko i tak się rozprysnęło w braku tchu i bólu, który zgiął go w pół. Opadł na kolana, opierając jedną ręką o podłoże, drugą obejmując się za brzuch. Czuł nic - i wszystko zarazem. Jego wnętrzności zostały w niego wciśnięte i przyszpilone do kręgosłupa, starając się teraz na nowo rozłożyć i rozprostować. Ale na pewno nie chciał się prostować on. Nie mógł, nie był w stanie. Z jego rozchylonych warg nie wydobył się nawet jęk przy chwilowym bezdechu, a każdy kolejny wdech był krótki i płytki, żeby tylko nie poruszać za mocno mięśniami brzucha. Dźwięki otoczenia przez moment odpłynęły, albo były, tylko on ich nie rejestrował. Świat zaczął się od "cię ugryzie..." - i niestety nie chciał na tym skończyć. Dopiero zaczął się bardzo powoli odtwarzać.
Powoli podniósł zbolały wzrok w tym całym zamieszaniu, jakie się tutaj stworzyło. Piski i warknięcia strwożonej sionnah... Sionnah. Laurent nie bardzo się teraz nad tym zastanawiał. Przerażone, zaszczute zwierzę, które będzie atakować przez poczucie osaczenia. A pomiędzy nim a istotą, którą była nie tak dawno Elaine były tylko - albo i aż - nogi Flynna. Jak cię ugryzie to nigdy sobie tego nie zobaczy..? Elaine? Sionnah? Dlaczego się zmieniła i dlaczego atakowała swoich? Kimkolwiek była kobieta, która przyszła sprawiła, że dreszcz przeszedł mu po plecach. Czy nie rozsądnym byłoby teraz stąd się po prostu zmyć..? Spróbował się lekko poruszyć, ale nie w kierunku Flynna czy samego lisa, raczej przeciwną. Poskutkowało to tym, że jeszcze bardziej zniżył swój pułap, nim spojrzał na strwożonego lisa. Wyciągnął lekko dłoń po ziemi w jego kierunku, osiadając na boku i przesunął palcami po zielonej trawie.
- Elaine..? - Zwrócił się do... Elaine? Sionnah? Żeby skupić jej uwagę na sobie. Ale jeśli złapał jej spojrzenie to nie walczył z nią na ten wzrok, opuścił go nieco. Dając jej poczucie raczej członka stada, a nie wielkiego człowieka, który będzie ją zapędzał w kąt. Z bólem i marszcząc brwi uniósł lekko różdżkę, żeby ukształtować transmutacją z leżącego niedaleko większego kamienia koc, który ułożył się jak jama, zapraszająca lisicę do schowania się do bezpiecznego, ciemnego i ograniczonego przestrzenią miejsca, gdzie żaden człowiek, potencjalnie, nie mógłby jej dosięgnąć. Ułuda, ale to nie miało znaczenia. Miał jej się pozwolić schować, bo w końcu sionnah w tym stanie mógł albo walczyć - albo uciec i się schować. A zaatakowała chyba tylko ostrzegawczo. Laurent skrzywił się lekko, opuszczając znów rękę z różdżką, żeby ją oprzeć o ziemi. Przynajmniej w tym momencie udało mu się usiąść.
Czy Elaine jest łatwa
Sukces!